14 lut 2008

Marudzenie Zająca

Przeczytałem artykuł Moniki Małkowskiej w Rzeczpospolitej (13.02.2008) – Od słodkich rysunków psują się zęby. Tekst, spory i z obrazkami jest o ilustrowaniu książek dla dzieci i stanowi pokłosie rozmów autorki z polskimi ilustratorami. Artykuł ma podtytuł: 6 przykazań ilustratorów dziecięcej literatury. Jedno z owych przykazań brzmi „Rysować dla siebie” . W wyznaniach zamieszczonych pod tym „przykazaniem” kolejni artyści bez najmniejszej żenady chwalą się jak bardzo mają w artystycznych nosach milusińskich odbiorców: „Pracuje dla siebie” (Wilkoń), „Rysuje tak, żeby mnie się podobało” (Dudziński) ... Panowie Artyści, powieście sobie więc Wasze obrazki nad łóżkami! Po co je publikujecie?

Wiem – marudny i nudny jestem. A to mi się samowystarczalność artystów nie podoba, a to nie mdleję z zachwytu nad Dziwnością świata, którą Grażka Lange narysowała pewnie dla siebie, a to mnie nie powala kolorystyka plansz Marty Ignerskiej, która Wielkie marzenia sobie narysowała (ale jednak "Znak" jej te plansze wyrwał - pewnie siłą!- i wydał).

Joanna Olech w felietonie dołączonym do wyżej prezentowanego artykułu pisze zaś min.: „nie warto pytać siedmiolatka, co ładne a co brzydkie. Gdyby przed laty kazano mi wybrać między Bambi a Nikiforem, jelonek wygrałby bezapelacyjnie”.

Zdecydowanie nie jestem za przesadnym UPODMIOTOWIENIEM dziecka, za tym, żeby negocjować zgodę nieletniego na wszystkie działania wychowawczo-edukacyjne. Ale, żeby tak w ogóle nie pytać ? Nie akceptować chociaż troszeczkę jelonka bambi?
Co Jelonek wam zrobił? No co?

Po lekturze obu tekstów taki dialog mi się pod czaszką kołacze : „Milcz dzieciątko! Oglądaj Lange i Ignerską, bo to dobre i piękne ! Coooo ? Nieładne????? Miiiiiiilczeć! Ładne! Nic innego i tak nie dostaniesz”.

A na marginesie : ech, Artyści, co Wy wiecie... Te wyklinane przez Was Bambi i „disneye” to szczyt piękna przy tym co masowo dzieci oglądają : "japończyki" czyli post-pokemony, post - moto myszy z marsa oraz z drugiej strony samodzielnie nakręcone komórkami filmiki z youtube’a, na których kolega z klasy kopie drugiego w zadek i jest śmiesznie, śmiesznie, śmiesznie , że aż strach.

8 komentarzy:

Anonimowy pisze...

No proszę. Powiadają, że zające są tchórzliwe, a nasz Zając wypowiada się tu tak wprost, odważnie, szczerze... aż jestem pod wrażeniem
:)

agnieszka_azj pisze...

Wydaje mi się, że wszyscy ci TWÓRCY zapominają o jednej rzeczy - że sami, zanim doszli do swojego obecnego etapu rozwoju, wychowali się na tradycyjnych, realistycznych, często kiczowatych ilustracjach książek czasów ich dzieciństwa.
Podobnie jak w muzyce nie da się od razu polubić Pendereckiego, tak samo w plastyce - trzeba dojrzeć i przejść od rzeczy prostych i oczywistych do bardziej wyrafinowanych.
W bibliotece moich córek słodko - kiczowate Martynki sąsiadują w Wilkoniem i Stasysem i myslę sobie, że właśnie taka różnorodność jest bardziej rozwijająca.

Z książek bardzo chwalonych przez znawców - "Różowy prosiaczek" u nas nie spotkał się z entuzjazmem. Tekst... taki sobie, nic co zostałoby nam w pamięci. Ilustracje, które dla mnie wyglądały jak szkicownik adepta lekcji rysunku dla kandydatów na architekturę - takie rozkladanie wszytkiego na podstawowe bryły. Do tego nieporęczny format i błyszczący, "blikujący" papier. Książka wróciła do biblioteki po jednym czytaniu.

Ilustracje Maśluszczaka do "Wiekomiluda" moją córkę zniechęciły do czytania tej książki. Myślę, że dla wielu osób są one "zrośnięte" z genialnym przekładem Kłobukowskiego i stąd bierze się ich sentyment ;-)

A Bambi w porównaniu z Atomówkami czy Pokemonami jest szczytem urody !!!

agnieszka_azj pisze...

Kolejnym kwiatkiem z tego ogródka jest bolońska nagroda dla Tuwima Wytwórni - czyli ilustracji "z tej samej bajki".

magdasikorska pisze...

Definiując wybór w kategoriach absolutnych 'albo-albo', tak naprawdę nie dajemy/mamy żadnego wyboru.Pozostając w metaforyce świata muzyki, nonsensem było by żądanie, by meloman musiał zdecydować: albo Doda, albo Penderecki. Jest to chore i po prostu niemożliwe. Czy naprawdę nie ma nic pomiędzy?

Jeśli dobrze rozumiem, Autor bloga walczy właśnie o to 'pomiędzy', o poszerzenie spektrum i umożliwienie wyboru. By ilustratorzy nie musieli dokonywać tragicznych (niestety, czasami również w skutkach...)wyborów, które tak naprawdę mogą obrócić sie przeciwko nim (książki nie zdobędą popularności wśród dziecięcych czytelników). Dążenie do artystycznej szczerości wobec samego siebie teoretycznie jest wspaniałe. I wcale nie trzeba rezygnować z 'artystycznej prawdy' ilustrując książki dla dzieci, ale może lepiej było by malować/rysować dla 'dziecka-w-sobie', a nie dla sobie 'obecnego', osoby kilkudziesięcioletniej....Tworząc dla siebie 'bardzo dorosłego' zrywa sie tę najistotniejszą nić, nić porozumienia pomiędzy Twórcą a Odbiorcą. A bez takiego wielowymiarowego kontaktu nie ma nic...I równie dobrze te książki mogą przestać istnieć - a przecież nie o to chodzi (???)
Być może problemem jest to, że kultura i tradycja polska każą nam się jak najprędzej tego 'dziecka -w- sobie' pozbywać (patrz: ogromna ilość książek o przesłaniu dydaktycznym i moralizatorskim, zwłaszcza dla dzieci młodszych). Szukałam ostatnio polskich przysłów, powiedzonek, cytatów z dziećmi w roli głównej. Żadnego o pozytywnym nastawieniu, smutne..

A co do koloru, a raczej jego braku w niektórych ilustracjach...Polska nie jest kolorowa, tu kolor często utożsamiany jest z kiczem, a kicz...patrz wyżej. I znów niewiele pomiędzy..
(PS. witamy w klanie marudzących, wiem, wiem)

iwona cała pisze...

zabierając głos w tej dyskusji niniejszym wystawiam się na krytykę i ostrzał.. postaram się jednak spojrzeć na ilustracje, których również jestem twórcą, z dystansu. dystans ten mam moze dlatego, że nigdy owego ilustrowania nie byłam uczona, a co za tym idzie nie o piątkę w indeksie mi chodziło i chodzi...
swoje ilustracje oceniam krytycznie i wiem, jakie błedy popełniam. każda kolejna książka to zbliżanie się do dalekiego ideału.. malując ilustracje przede wszystkim czytam, co autor chciał powiedzieć. potem pytam komu to chciał powiedzieć.. to bardzo ważne, żeby znać odbiorcę. przekaz bowiem jest jasny wtedy gdy zostanie dobrze nadany. nie można mieć pretensji do odbiorcy, że "sztuki nie rozumie".. nigdy nie rysowałam dla siebie. może to błąd.. gdybym taki zamiar miała, owe wymalowane obrazki wieszałabym sobie w domowej galerii. rysuję by coś dopowiedzieć, ale i zainteresować obrazem odbiorcę, zachęcić go, a nie zniechęcić..
malowaniem przeszukuję pokłady własnej dziecięcości. taka była: pogodna, przyjazna, jasna. nie przeżyłam traumy, by przelewać ją na papier w ramach terapii psycho.
patrzę na dzieci kiedy oglądają moje i nie tylko moje książki. obserwuję ich reakcję, wyłapuję uwagi. to nieprawda, że dzieci sa naiwne i potrzebują Bambi. ale też nieprawdą jest, że potrzebują brudno-krwistych wizerunków, których mają sie domyślać.. dzieci to najbardziej szczerzy krytycy. i nie da się im wmówić, że to, na co patrzą jest piękne lub nie, a zatem może też prawdziwe lub fałszywe. one same to wiedzą, bo potrafią zobaczyć, kiedy patrzą..
choc czasami mnie kusi, żeby narysować tak, że w końcu dostanę tą cholerną nominacje do jakiejś nagrody, narysować w trendzie, modnie, tak, by wzbudzić zachwyt krytyków, to jednak widzę w tym jakąś zdradę, pominięcie finalnego odbiorcy na rzecz pochwał..
tak więc wydaje mi się, że gdzieś zagubiło się uznanie dla "złotego środka", dla książek po prostu dobrych, literacko i graficznie. nie wydumanych i puszczających oko do krytyków, ale skierowanych do dzieci, do ich wrażliwości i mądrości.

Anonimowy pisze...

Bo najważniejszy to wybór, ja też nie lubie tej fałszywej, demagogicznej dychotomii, że albo disnej albo Sztuka. Dobrą robote robi Literatura, ilustracje powinny byc przyjazne dziecku. ale dziec też są różne i ja znam z opowiadań pzrdszkole, gdzie dzieci z zianteresowniem oglądaly nowego Tuwima.

Anonimowy pisze...

Bardzo mi sie podoba kometarz Iwony Całej (czy tak się odmienia??) - lubie jej ilustacje.

Ag pisze...

A ja na złość powiem, że miałam taką książeczkę, która miała obrazki szare, bure i w ogóle strasznie brzydkie, a strasznie ją lubiłam. Widać dziecko też ma własny gust. Albo to właśnie ta książeczka mi go spaczyła ;)
Co oczywiście nie zmienia faktu, że myślenie "rysuję dla siebie, a dziecko niech siedzi cicho" jest niepoważne ze strony autora...