30 gru 2009

znalezione na facebooku

Alma from Rodrigo Blaas on Vimeo.



Trochę straszne ... zdecydowanie dla sympatyków "Koraliny".
Podobno zaraz zniknie z sieci, lepiej więc szybko oglądać!

28 gru 2009

magia przedtelewizyjna!



Co za zdjęcie! Co za magia! Czy dalej tak jest na spektaklach dziecięcych? Kiedy smok zostaje w końcu ZABITY ?

zaczerpnięte z nieocenionego liquidnight

13 gru 2009

a propos książek w ogóle




To tyle a'propos e-booków. Bardzo się zgadzam z powyższym!

9 gru 2009

w ramach wspierania


Już widzę ten krzepiący obraz: mamy z pociechami swemi zwabione promocyjnym plakatem pędzą rodzimą ilustrację nabywać. A potem ten pęd , do domu , młoteczek , gwoździk i nad łóżeczkiem maleństwa ...powiesić.


* ten detal mnie zainspirował jakoś szczególnie!


22 lis 2009

Ale fajnie!

Strasznie się dzisiaj ucieszyłem: wydawnictwo Format wydało u nas Płaszcz Józefa Simmsa Tabacka, jedną z najbardziej zabawnych, uroczych, atrakcyjnych, melancholijnych, retro-nowoczesnych książek jakie znam. Czytelniku, jeżeli jesteś szczęśliwym posiadaczem dziecka w wieku 3-6 i nie zabije Cię ono jak dostanie na Mikołajki książkę... to już masz prezent!


Jest coś z prawdy w często cytowanym stwierdzeniu, że Płaszcz... jest rodzajem Skrzypka na dachu w postaci książki obrazkowej dla dzieci. Bo to i rzeczywistość biednego sztetł i humor trochę szmoncesowy i mądrość i melancholia...
A ile przy tym inteligentnej zabawy! I to nie tylko z dodatkowych efektów wynikających z zastosowania wyciętych okienek, które nadają ilustracji zupełnie nowy wymiar.
Warto popatrzyć dokładnie na ilustracje. Dorosły znajdzie coś dla siebie :-)

Dla bibliotekarskiego porządku: książka została uhonorowana prestiżową nagrodą ilustratorską Caldecott Medal (USA) w 2000 roku, ale to modelowy przykład sytuacji lepiej późno niż wcale!

21 lis 2009

Czytam sobie, oglądam sobie..... M. Wierzbowiecka „Puszysta Owca”

Wydawnictwo Zielona Sowa było dla mnie jeszcze do niedawna - ze względu na klasę edycji, ale także jakość treści - synonimem tandetnej książki.

Coś się zaczyna zmieniać w tej dziedzinie.

Chociaż... hmmm....

Seria „Perełki mądrości” (bo to ona właśnie Zieloną Sowę tu sprowadziła!) jest autorskim produktem Magdaleny Wierzbowieckiej. Jak się dowiedziałem z węszenia internetowego stanowi – przynajmniej w części – pracę dyplomową z Instytutu Wzornictwa Politechniki Koszalińskiej.

Obejrzałem sobie książeczki serii (w szczególności przykuła me oczy „Puszysta owca”) i zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Ilustracja wykonana metodą kolażu, naprawdę inteligentnie (dobór komponentów!) z dużym wyczuciem dziecięcych potrzeb estetycznych może się naprawdę BARDZO podobać.

Potem, niestety, zacząłem czytać. I to był błąd:


Kaziu, tak się zwał hodowca

Każda za nim poszła

Owca

On o stadko umiał dbać

Gotów był im wszystko dać

Czterolistne koniczyny, caaaaałe łąki

Świeżej trawy –

To gospodarz był łaskawy.


Właśnie na tym polega wyzwanie książki obrazkowej autorskiej.... Trzeba umieć rysować (malować, kleić, kolażyć , cokolwiek!) ORAZ umieć pisać składnie. Magdalena Wierzbowiecka ma rękę tylko do czynności pierwszego typu. Nie powinna pisać. W każdym razie wierszyków.

Konkluzja nie może być tu jednak jednoznaczna: warto przedrzeć się przez ... „wierszyki”, morał jest słuszny (potrzeba dzielenia się), ilustracje więcej niż interesujące, bardzo ciekawe rzeczy (także do użytku dydaktycznego) dzieją się w typografii, stanowiącej integralną część wyrazu artystycznego. Na końcu (bo to edukacyjna Zielona Sowa przecie!) pojawia się komponent „aktywnościowy”: rysowanie, wklejanie, zagadki, przygotowanie zakładki.

Warto chyba!

Aha, jeszcze coś: tytuł serii - "Perełki mądrości" jest... odważny :-)


19 lis 2009

Szancer za granicą (?) doceniony

Kolejne bardzo ciekawe miejsce w sieci, warte zajrzenia: blog A Journey Round My Skull.
Autor(ka) przedstawia swoje zainteresowania frapująco: "UNHEALTHY BOOK FETISHISM FROM A READER, COLLECTOR, AND AMATEUR HISTORIAN OF FORGOTTEN LITERATURE." RECENT OBSESSIONS: ILLUSTRATION AND GRAPHIC DESIGN.

Z pewnością ma dobry gust skoro zainteresował(a) się ilustracjami Szancera oraz we wcześniejszym poście polskim "cover design" ( jak to będzie po polsku? grafika okładkową? sztuka okładki ? ) z lat '70.
Miłe i krzepiące.

15 lis 2009

Nominacje do nagrody PS IBBY "Książka roku"

Jury literackie w składzie: Ewa Gruda, Joanna Papuzińska-Beksiak (przewodnicząca), Danuta Świerczyńska-Jelonek nominowało do nagrody następujące utwory:

1. Zofia Beszczyńska: Lusterko z Futra (Media Rodzina)

2. Bohdan Butenko: Krulewna Śnieżka (Nasza Księgarnia)

3. Grzegorz Gortat: Szczury i wilki (Nasza Księgarnia)

4. Małgorzata Gutowska-Adamczyk: Wystarczy, że jesteś (Nasza Księgarnia)

5. Jacek Inglot: Eri i smok (Skrzat)

6. Roksana Jędrzejewska-Wróbel: Kosmita (Fundacja ING Bank Śląski)

7. Andrzej Maleszka: Magiczne drzewo. Czerwone krzesło (Znak)

8. Ewa Nowak: Bardzo biała wrona (Egmont)

9. Anna Onichimowska: O zwierzaku, którego nie było (Arkady)

10. Jacek Podsiadło: Czerwona kartka dla Sprężyny (Nasza Księgarnia)

11. Krystyna Siesicka: Zatrzymaj echo (Akapit Press)

12.Barbara Stenka: Akcja „Chłopaki” (Nasza Księgarnia)

13. Małgorzata Strzałkowska: Zielony i Nikt (Bajka)

14. Wojciech Widłak: Opowieści do poduszki (Media Rodzina)

15. Rafał Witek: Julka Kulka, Fioletka i ja (Bajka)

Jury graficzne w składzie: Dorota Łoskot-Cichocka, Joanna Olech (przewodnicząca), Maria Ryll nominowało do nagrody następujące osoby:

1. Ignacy Czwartos za ilustracje do książki Lądowanie rinowirusów. Przeziębienie Wojciecha Feleszki (Hokus-Pokus)

2. Agata Dudek za ilustracje do książki obrazowej Czy można dotknąć tęczy? z tekstem Przemysława Wechterowicza (Endo)

3. Piotr Fąfrowicz za ilustracje do książki Zielony i Nikt Małgorzaty Strzałkowskiej w opracowaniu graficznym Ewy Stiasny (Bajka)

4. Monika Hanulak za opracowanie graficzne książki Debata filozoficzna Królika z Dudkiem o Sprawiedliwości Leszka Kołakowskiego (Muchomor)

5. Marta Ignerska za ilustracje do książki Babcia robi na drutach Uri Orleva (Wytwórnia)

6. Marta Ignerska za ilustracje do książki Atlas świata. Afryka z tekstami Zofii Staneckiej, Kingi Preibisz-Wala i Marii Deskur (LektorKlett)

7. Ewa Kozyra-Pawlak za ilustracje do Księżniczki na ziarnku grochu Andersena (Media Rodzina)

8. Ewa Kozyra-Pawlak i Paweł Pawlak za Mój pierwszy atlas świata z tekstami Marii Deskur (LektorKlett)

9. Daniel de Latour za ilustracje do książki Wyprawa do kraju księcia Marginała Henryka Bardijewskiego (Stentor. Kora)

10. Lucyna Legut za książkę autorską Trzy bajki (Prószyński i S-ka)

11. Paweł Pawlak za ilustracje i projekt graficzny książki Podręczny NIEporadnik. Do czego nie służy młotek z tekstem Wojciecha Widłaka (Czerwony Konik)

12. Ewa Stiasny za ilustracje i opracowanie graficzne książki Tydzień Konstancji Olgi Masiuk (Dwie Siostry)

13. Elżbieta Wasiuczyńska za ilustracje do Królowej Śniegu Andersena (Media Rodzina)

14. Elżbieta Wasiuczyńska za książkę autorską Mój pierwszy alfabet w opracowaniu graficznym Doroty Nowackiej (LektorKlett)

15. Aleksandra Woldańska za ilustracje do książki Mrówka wychodzi za mąż z tekstem Przemysława Wechterowicza (Czerwony Konik)

* Nie wspieram marketingowo Merlina. Po prostu najszybciej udało się znaleźć ich linki do opisów książek :-)

14 lis 2009

Czytam sobie... Jacek Dukaj „Wroniec”

Książkę przeczytałem zwabiony recenzjami w „Gazecie Wyborczej”, przeczytałem szybko (być może za szybko ?), jednym tchem, w jeden wieczór.
Rzecz jest dla mnie absolutnie fascynująca, co nie oznacza jednak, że gotów jestem przed pracą Jacka Dukaja klękać! Na pewno jest to perełka sztuki edytorskiej: książka została opublikowana przez Wydawnictwo Literackie niezwykle starannie. A staranność była bardzo wskazana: utwór jest zaopatrzony w bogatą sferę ikoniczną. Tak ! Wiem ilu czytelników (jesteście tam w ogóle?) westchnie teraz i złym słowem w piszącego te słowa rzuci! Że pretensjonalnie pisze i się wymądrza. Spieszę z wyjaśnieniem: obrazy Jakuba Jabłońskiego są czymś znacznie więcej niż tradycyjnie rozumianą „ilustracją”. Opatrzenie ich tym określeniem byłoby krzywdą wyrządzoną – moim zdaniem – pełnoprawnemu współautorowi tej książki. Przy okazji Wrońca zachodzi bowiem podobna sytuacja jak w książkach obrazkowych: obraz i tekst uzupełniają się, wchodzą w różne zawiłe relacje, tworzą jedność nierozerwalną...
Obu więc autorom udało się wspólnie pokazać stan wojenny w sposób niezwykle dojmujący. Udało się baśni objąć i unaocznić to wszystko, czego zapewne nigdy by nie osiągnęło zwierciadło spacerujące po szarym gościńcu grudniowej nocy roku 1981. Bo opowieść obu autorów to klasyczna baśń przecie! Czytelnik Proppa czy J. Papuzińskiej znajdzie tu wszystkie komponenty, chwyty charakterystyczne dla fabuły, struktury narracyjnej i świata przedstawionego baśni. Zresztą po co sięgać do literatury naukowej? Każdy, kto zna klasyczne bajki ludowe zorientuje się w jakim gatunku literackim jest zakorzeniona opowieść o Adasiu, co tatusia swego, przez złego Wrońca ukradzionego szukał. Dukaj w kilku momentach wyraźnie snuje swą opowieść głosem klasycznego bajarza...
Wiele można by było o Wrońcu napisać, zbyt wiele jak na notkę blogową. Więc będzie tylko o sprawach wybranych:
O tym, że chyba jednak nie udało się wpasować wymaganego baśniowego happy endu do struktury opowieści o „nocy grudniowej” i w efekcie Wroniec zamyka się bełkotliwie i niejasno.... Ja przynajmniej z tym zakończeniem nie bardzo sobie radzę;
O tym, że ze smutkiem znalazłem w książce ślady nielubianego przeze mnie projektu IV Rzeczpospolitej (np. sugestia, że w głębokich podziemiach siedziby Wrońca drogi Członków i Pozycjonistów dziwnie się mieszały i wspólne były. Mnie to pobrzmiewa jak preludium do pieśni żałosnej o „zdradzie w Magdalence”);
O tym, że jest to nie tylko baśń , ale i z ducha Orwella mroczna podróż do jądra ciemności czy kresu nocy... Zakończenie właśnie stamtąd;
O tym, że nigdy wcześniej nie zetknąłem się z tak dojmującą wizją rzeczywistości codziennej tamtego czasu, z wizją tak boleśnie apelującą do tego co trzymam w moich niemiłych wspomnieniach);
I o tym na koniec, że książka nie jest dla dzieci młodszych. Może licealista po kursie historii współczesnej da sobie radę?
Dla dorosłych, szczególnie tych, których PESEL zaczyna się poniżej liczby 66: lektura obowiązkowa!

10 lis 2009

rocznicowo!



Raymond Depardon - Berlin Ouest, 1962 , via liquidnight

27 paź 2009

aż trudno uwierzyć....

aż trudno uwierzyć, ŻE TO NAPRAWDĘ ONI!

22 paź 2009

i jak tu nie lubić reklam...



Kot w butach w stylu holenderskim by Eugenio Recuenco

warto rzecz zobaczyć w pełnej krasie: tutaj

18 paź 2009

słucham sobie i oglądam ,,, Neil Gaiman: "Blueberry Girl"

Book trailer* do książki obrazkowej Neila Gaimana: do trochę bardziej mrocznych klimatów przyzwyczaił nas autor Koraliny i Wilków w ścianach .
Ale rzecz jest sporej urody i warto posłuchać i popatrzeć....




* znalezione w kolejnym internetowym klaserze dedykowanym książce dziecięcej

17 paź 2009

Czytam sobie ... Marcus Zusak „Posłaniec”


Dziwne było moje czytanie tej książki: pamiętając Złodziejkę książek odczuwałem silną potrzebę kontynuacji znajmości z Markusem Zusakiem. Jednak pierwsze próby lektury, pierwsze strony były mało zachęcające... Zanosiło się, że książka utknie w stosie niepowodzeń czytelniczych. Zwłaszcza bohaterowie Posłańca nie wydają się początkowo zasługiwać na bliższe poznanie. Są antypatyczni; apatyczni, leniwi i jacyś tacy.... przybrudzeni. Młodzi ludzie, koło dwudziestki mieszkają w slamsie małego australijskiego miasta, spędzając czas na trwaniu, urozmaiconym prostymi rozrywkami; karty , piwo czy tanie wino, gadanie o niczym. Są albo bezrobotni albo wykonują najmniej angażujące prace. No, nudna jest ta książka na początku! I irytująca. Nawet pojawienie się anonsowanych w zapowiedziach i reklamach „zadań”, które narrator otrzymuje w postaci adresów zapisanych na kartach do gry jakoś początkowo nie nadaje Posłańcowi dynamiki... Później jednak jest coraz smaczniej. Każde kolejne zadanie mocniej ubarwia powieść, nadaje jej nowych wymiarów i sensów. Za każdym adresem zapisanym (albo zaszyfrowanym na karcie) stoją bowiem niezwykłe, smutne, tragiczne, piękne historie Historie ludzi w ten czy w inny sposób pokonanych przez życie, przez los. Los, który – jak głosi znane powiedzenie - rozdaje różne karty!

Powieść Zusaka po części jest o tym, że często karta, która może początkowo wydawać się blotką w rzeczywistości okazuje się być asem. Działania głównego bohatera dalekie są od heroizmu, przeciwnie: są żenująco małe i skromne. Ich efekty zaś: ogromne ! Zusak pokazuje jak mało czasami trzeba by naprawić i poprawić świat. Podarowanie pustego pudełka po butach... kupienie loda.... obdarowanie kompletem lampek choinkowych.

Posłaniec jest też o tym samym co - toutes proportions gardéesWładca pierścieni: każdy, nawet najmniejszy, najsłabszy, najnędzniejszy posiada w sobie moc sprawczą do największego czynu: niesienia dobra!

Posłaniec jest wreszcie też o tym, że takie czyny zbawiają także samego ... no własnie: posłańca! Taksówkarz Ed realizując polecenia nieznanego zleceniodawcy (Boga ? Losu?) jest nie tylko dobrą kartą dla ludzi, do których przybywa. W ostatecznym rozliczeniu sam zyskuje oświecenie i dobre życie. Pod koniec lektury czytelnik wybaczy Zusakowi początkowe strony powieści. Taka ekspozycja była konieczna, aby dojmująco pokazać punkt, w którym Ed taksówkarz ugrzązł.

Zusak prowadzi narrację prostym językiem i stylem, w patos - owszem - wpada, ale umie go złamać gorzkim nieraz poczuciem humoru. Umie też wzruszać, och, umie!

Bo to bardzo wzruszająca literatura. Pewnie niekoniecznie genialna powieść: Zusak serwuje czytelnikowi trochę tanich sztuczek i znanych zagrywek (takich co dają efekt cebulowy), przewidywalność rozwoju wypadków jest duża. Złośliwi mogliby powiedzieć, że przy lekturze przypominają się terapeutyczne Balsamy dla duszy. Cóż, jeśli nawet ...

Jestem gotów powyższe Posłańcowi wybaczyć: to jedna z tych książek, po których przeczytaniu jest przyjemniej na duszy a i nadziei w sercu więcej mieszka.


Tylko nie bardzo wiem, kto ją będzie czytał... Rzecz nie jest dla dzieci, nawet tych starszych, bo to i za duzo brutalizmów i wódy i seksu. A i doświadczenia własne jakieś by się przydały, dzięki którym można opowieść Zusaka pojąć w pełni i uwewnętrznić. Ja bym Posłańca polecał 15-18 latkom z liceów (angielskie określenie young adults wyjątkowo tu pasuje!). Chłopcy może mniej się będą chcieli wzruszać, ale dziewczynom na pewno się spodoba.

13 paź 2009

złodziej czasu

Będąc uzależnionym od grzebania w internecie trafiłem na zadziwiający fotoblog liquidnight . Jest to rodzaj internetowego klasera - osoby znające "soup" czy "tumblr" wiedzą o czym piszę - zapełnionego obrazami, fotografiami fascynującymi, bardzo niepokojącymi, niekiedy nieomalże perwersyjnymi (bez przesady jednak!!!!) . Wspominam o tym blogu bo .... w dużej mierze związany jest własnie z przedstawieniami dziecka i dzieciństwa . Całkiem sporo można tam znaleźć niezwykłych ilustracji do literatury dla dzieci: tych klasycznych (Rackham!), ale i nowoczesnych (mój ulubiony Shaun Tan).
Chcących odwiedzić ostrzegam wszakże, że nie jest to blog przeznaczony dla dzieci.
Ostrzegam również, że potrafi zjeść sporo czasu :-(




Ilustracja z "Red Tree" Shauna Tana “Darkness overcomes you”, oil and acrylic on paper

11 paź 2009

zagadka


Co łączy ten post z poprzednim, no co?

7 paź 2009

obiecujący debiut

Z przyjemnością znalazłem w dzisiejszym serwisie Biblioteki Analiz info o debiucie na rynku książek nowej oficyny wydawniczej: Wydawnictwa Bajka.
Będąc (niestety) trochę ostatnio z dala od dziec.litu nie słyszałem o jej powstawaniu.
A przecież w ramach Bajki działają redaktorzy, autorzy i ilustratorzy doskonale znani na rynku, głównie z kręgu "poprzedniego" Świerszczyka, z Piotrem Rychelem na czele.
W katalogu na stronie wydawnictwa tytuły przeznaczone raczej dla młodszej części publiczności czytelniczej (niektóre mają cieszyć obywateli, którzy skończyli dopiero 18 miesiąc życia) sygnowane przez Ewę Marię Letki, Małgorzatę Strzałkowską, Melanię Kapelusz...
Powodzenia Bajko!

31 sie 2009

pingwiny nadchodzą.....

Wkrótce w PL księgarniach pojawi się słynna książka o ...hmmm.... pingwinach.
Przez jakiś czas (wakacje!) nie obserwowałem mediów , nie znam przedwstępnych reakcji na ten fakt.
Ale bardzo jestem ciekaw co będzie słychać PO publikacji!

3 sie 2009

od czapy 2, czyli damy radę!

Wakacje i moje refleksje (?) na temat dziec.litu zamierają.
Nie mogę się jednak powstrzymać od podzielenia się w miarę radosną konstatacją natury ogólnej ("od czapy").
Byłem na wyjeździe z moimi studentami i po raz kolejny uderzyła mnie niesłychanie miła zmiana wykrzyknikowa. Oto w tzw. moich czasach studenckich na każdą propozycję wykonania czegokolwiek odzewem było westchnienie" "eeee, nie warto. I tak nic z tego nie wyjdzie". Taki głos jak z "Indyka" Mrożka...

"Ta dzisiejsza młodzież" uwielbia w podobnej sytuacji zaryczeć "damy radęęęęę"!!!! Oczywiście, zwykle chodzi o gotowość do wypicia kolejnych 100 piw. Ale czasami także o inne rzeczy. Nawet często chodzi o inne rzeczy.

Takie zawołanie bojowe... Jakieś takie niepolskie, nie nasze! Przecież wiadomo, że nie damy rady. Że może być tylko gorzej. A kto mówi, że będzie lepiej to głupiec albo prowokator. Wyrodziło się młode pokolenie z polskiej tradycji. Za dużo jeżdżą po świecie.

28 cze 2009

niedzielny spacer z psem w lesie

Psa zdefiniuję jednym słowem.
Pies jest stworzeniem uczuciowem.
Wiem też z doświadczeń - własnych, owszem,
Pies mokry jest najuczuciowszem.
Ogden Nash / Stanisław Barańczak


13 cze 2009

z ostatniej wizyty z księgarni...

Nawet jeszcze dokładnie nie przeczytałem: ani Lusterka z futra (Z. Beszczyńska) ani Mrówka wychodzi za mąż (P. Wechterowicz) ani Zakochanej Akiko (A. Guillope). Ale jakieś ładne mi się wydały i okładki zamieszczam. Na pewno do nich wrócę!

z cyklu "znani i lubiani czytają Harry Pottera"...

11 cze 2009

Czytam sobie:... Kirsten Boie „To nie Chicago”


Przerażająca książka. Z tego samego typu co Czekoladowa Wojna Cormiera czy Władca much Goldinga. Książka o tym, ze ludzie mogą być bardzo źli. Bez przyczyny. Ich istnienie udowadnia egzystencje szatana, czy też właśnie Belzebuba „władcy much”. Niklas, trzynastoletni bohater powieści Boie pada ofiara prześladowania ze strony swojego nowego kolegi z klasy, osobnika cokolwiek demonicznego: inteligentnego i czerpiącego ogromną przyjemność z owego udręczania. Karl, chłopak z dobrego domu, manipuluje ludźmi, wykorzystuje bezgraniczne zaufanie swoich rodziców, ustawia grupę kolegów, która zapewnia mu alibi i nietykalność w dręczycielskiej działalności. Kradnie sprzęt elektroniczny, upokarza, bije, doprowadza do sytuacji, w której Niklas jest kompletnie zaszczuty i do tego posądzany przez wszystkich o bycie kłamcą. Rodzice ofiary są bezradni, bezradna wobec „niewielkiej szkodliwości” jest policja, nauczycielce brakuje podstawowego instynktu czy też doświadczenia pozwalającego pomóc terroryzowanemu chłopcu.

Autorka misternie przygotowała warunki rozwoju fabuły (napina zresztą trochę przy tym cięciwę prawdopodobieństwa), tak aby wszystkie karty atutowe znalazły się w rękach łobuza. Pomimo pozornie otwartego zakończenia powieści czytelnikowi nie pozostawia się żadnych złudzeń co do tego, że zło nie zostanie ukarane.

Myślę sobie, że to nie jest powieść do samodzielnego czytania. Nie znajdzie w niej pocieszenia ofiara szkolnej przemocy. Przeciwnie – czytelnik z tego rodzaju kłopotami zamknie To nie Chicago w przekonaniu, że jest ostatecznie skazany i znikąd nadziei. W tym kontekście książka jest zdecydowanie „antyterapeutyczna”!

Jedyna (tak!) wartość powieści To nie Chicago może się zrealizować w trakcie publicznych debat w klasie szkolnej lub w trakcie intymnych dyskusji z rodzicami. Kto popełnił błąd? Co należałoby zrobić? Co Ty byś zrobił? Co ja bym zrobił? Czytanie tej powieści, wspólne odpowiadanie na takie pytania być może pozwoli przygotować się na zło. Oby nie nadeszło.

8 cze 2009

od czapy zupełnie, ale prawie rocznicowo..

Jestem jednym z tych, którzy gotowi są w ekstazie świętować 4 czerwca. Czerwoni w jakiejś mierze ukradli mi najładniejszy kawałek życia, lata 1981-1989. Koniec szkoły średniej, całe studia spędzone we wstrętnej, beznadziejnej szarzyźnie... 

A jednak jest jeden, malutki, drobniutki aspekt tamtych czasów za którym tęsknię. Wchodziłem do - owszem! - burej i brudnej kawiarni i zamawiałem ... kawę. KROPKA. Kawę!

W ostatnich latach musiałem bowiem zrezygnować z picia mego ulubionego napoju w miejscach publicznych. Kiedy prosze o "kawę" jestem zasypywany gradem nonsensownych pytań: "latte? machiato? espresso? cafe americano? Przedłużone? Mlekiem przedłużone czy wodą przedłużone? Orzechowa? Czy może etiopska? może mocca orzechowa? Capuccino? Z czekoladą? cynamonem? Posypać mielonymi orzeszkami z drzewa dupu-dupu? A może tymi prażonymi na miedzianej patelni, na której wcześniej prażono banany?" 

A ja chce po prostu kawę z ekspressu.W objętości: kubek. Próba wytłumaczenia o co mi chodzi kończy się nieodmiennie otrzymaniem naparstka z czarną smołą. Spozywam go przez ... gulp... 1,5 sekundy. I czuję się dość głupio, bo nie wiem czy mam zamawiać dalej, czy iść?  Kiedyś, w dobrych czasach, paliłem papierosy, co jakoś usprawiedliwiało pozostanie w kawiarni,  ale teraz... 

A tak serio: kocham ten problem. Za każdym razem, kiedy łykam obelżywe odpowiedzi na grad w/w nonsensownych pytań i tak w środku się cieszę. 

6 cze 2009

Nudziarstwo czyli zmierzch dzieciństwa

Zdarzyło mi się coś paskudnego: nie mogę sobie przypomnieć nazwiska autora ani tytułu publikacji, która chodziła mi po głowie przy czytaniu dyskusji na brombowym forum...

Oto autor ten twierdził, że stosunek do dzieciństwa zatoczył rodzaj koła: do końca XIX wieku dziecko było traktowane jako taki niepełny dorosły, rodzaj larwy. Dzieciństwo zaś jako stan, który trzeba przetrwać i wyjść z niego, aby jak najszybciej wejść we właściwą, w pełni człowieczą postać. Przełom XIX i XX stulecia i głównie recepcja koncepcji Freuda odnajdujących w dzieciństwie immanentną wartość zmieniły tę sytuację. Dziecko przestało być jedynie przedmiotem działań pedagogicznym, „upodmiotowiło się”, dzieciństwu przyznano wartość i prawo do celebrowania, uznano je za jeden z oddzielnych, pełnoprawnych – więcej!- wyjątkowo kreatywnych okresów w życiu. Pojawił się koncept dziecka- naturalnego artysty, jak również  inny: artysty - wiecznego dziecka. Helen Key obwieściła wiek XX jako stulecie dziecka...

Autor eseju, którego nazwiska nie mogę sobie przypomnieć (pomocy!) twierdzi, że na progu wieku XXI mamy do czynienia ze specyficznym powrotem do koncepcji dzieciństwa sprzed przełomu modernistycznego.

Objawem takiego powrotu miałoby być na przykład likwidowanie stref tabu, które przecież także w jakiś sposób wyznaczały granice dzieciństwa. Z dzieckiem należy rozmawiać jak z dorosłym! Niczego nie ukrywać. Przebojem kultury masowej są produkty cross over – do oglądania/użytkowania przez wszystkich, bez względu na wiek (vide: „Shrek”). Ekrany i strony bulwarówek zaludniają dziecięco-dorośli celebryci (jak ongiś Macaulay Culkin czy obecnie aktorzy z HP czy High School Musical). 

Na poznańskim Biennale Sztuka Dla Dziecka byłem świadkiem znamiennej dyskusji: rozprawiano nad postulatem zaniechania użytkowania tego małego "dla". "Sztuka z dzieckiem" - taka formuła na dziś i na jutro jest proponowana. Jak łatwo dostrzec pomysł ten zrównuje dziecko i dorosłego. Paradoksalnie  idzie więc w kierunku konstatowanym przez tezę autora którego nazwiska nie moge sobie przypomnieć (co za wstyd!).

Teza pewnie ryzykowna i trudna do obronienia, ale przypomina mi się kiedy czytam o tym, że książka ma być „obrazowa” a nie „obrazkowa”, dzieciom należy pokazywać „niedźwiedzia” a nie uwłaczającego ich sprawności intelektualnej i upupiającego je „misia”. Teksty i ilustracje książek nie muszą być przystosowane do potrzeb dziecka (bo to dla nich obraźliwe), nie mają bawić, podobać się,  lecz mają stanowić wyzwanie i edukować, konfrontować z trendami sztuki współczesnej. Wraca więc natrętny dydaktyzm, przychodzi w wyrafinowanej formie, przybywa ze strony najbardziej zaskakującej:  ze środowisk artystycznych...  Zresztą czy zaskakującej? 

Przekleństwem przyświecającym temu powrotowi do konceptu dzieciństwa wtłaczanego w dorosłość jest  powtarzana do mdłości  dyrektywa, że dla dzieci należy pisać jak dla dorosłych tylko lepiej! Sądzę, że dla dzieci należy pisać/ilustrować jak dla dzieci i jak najlepiej....

Tak strasznie często z dyskusji (tak literatów jak i artystów grafików) przebija przedziwne, choć niezwerbalizowane przekonanie, że nie ma czegoś takiego jak wyznaczniki twórczości DLA DZIECI. Wraca koncept, że najlepsze rzeczy dla dzieci to te, które są już prawie ... dla dorosłych! To jest największy komplement współczesnego recenzenta: „książka będzie się podobać dorosłym czytelnikom”. Książki takie jak „Kotka Brygidy” Rudniańskiej (powieść, która moim zdaniem dla dzieci nie jest wcale!) są w takim ujęciu najpiękniejsze i najbardziej fetowane przez „dziecięcą” krytykę literacką.

A dlaczego to bogato ilustrowana książka dla dzieci, z interesującymi relacjami pomiędzy tekstem a obrazem nie może być "obrazkowa"? (na marginesie przypomina mi się „Idzie skacząc po górach”, gdzie można znaleźć świadectwo, że bohema malarska w latach ’60 mówiła czule o swoich płótnach „obrazki”). Co w tym złego ? Poza tym, że wtłacza ARTYSTĘ do zawstydzającego getta tworzących dla ... brrrr... dzieci !

 

Z literaturą dziecięcą NA CAŁE ŻYCIE :-)

31 maj 2009

Konferencja „Europejska sztuka ilustracji. Animaliter”

Z niejakim opóźnieniem wspominam w "norze" o konferencji, w której miałem honor uczestniczyć (momentami, niestety, dość czynnie). 
Bardzo ciekawa i ważna impreza! Za mojej pamięci nie było w Warszawie tak bogatej w nazwiska konferencji "ilustratorskiej". Udział wzięli (min.): "... znani graficy m.in. Grażka Lange, Iwona Chmielewska, Guillaume Dege (Francja), wydawcy m.in. Magdalena Kłos i Angela Rotaru (Rumunia), ilustratorki działające na rzecz poprawy jakości książki dziecięcej: Krystyna Lipka-Sztarbałło i Anna Machwic-Adamkiewicz, a także psycholog Joanna Rajchert ". Chwała Wydziałowi Kultury Miasta Stołecznego oraz  Paniom Agnieszce Grunwald i Annie Kilian, które to wydarzenie zrealizowały.
Nadmienić tu należy, że konferencja była fragmentem szerszych działań (wystawy, wystawy!).

Ciekawe wątki: 

- wystąpienie Pani wiceburmistrz Strasbourga. Bardzo ładna, .... znaczy:  bardzo ładne :-)

- porównanie sytuacji "ilustracyjno-ksiązkowej" Polska - Rumunia: uderzające podobieństwo procesów i zdarzeń;

- sytuacja młodych ilustratorów we Francji (o której nasi ilustratorzy zwykle mówią jak o swojej Ziemi Obiecanej) - zaskakująco podobna do naszej! Brak zamówień i żenujące warunki płacy, każące zastosować słowo "wyzysk". Ciekawa, zgrabna, dowcipna, wyzywająca, w najlepszym znaczeniu francuska prezentacja Guillaume Dege;

- bardzo ciekawe prezentacje G. Lange i I. Chmielewskiej. Trochę rozczarowujace, jeżeli odnieść do zapowiadanych tytułów (Gdy tekst pokazuje a obraz opowiada. O książkach, które traktują dziecko poważnie (Iwona Chmielewska, Skąd się biorą książki dla dzieci? Grażka Lange). Same w sobie jednak niezwykle ciekawe. Artystki po prostu zatrzymały się  jedynie na przykładach, które są im najbliższe - tych zaczerpniętych z własnej twórczości. Szczególnie prezentacja książek pierwszej ilustratorki zrobiła na mnie mocne wrażenie. Taka .... książka medytacyjna. Książki Chmielewskiej, które zostana (zostały) opublikowane w Korei są naprawdę piękne i mądre. Opowieść G. Lange odnosząca się do jej inspiracji i korzeni artystycznych została, niestety, zrujnowana przez komputer (wszyscy artyści jak jeden mąż używają do swych prezentacji .pdf. Z oczywistym rezultatem: obrazki otwierają im się w dowolnej, zaskakującej kolejności albo nie otwieraja się wcale. Która to już konfa z takimi "efektami"! Skąd to obrzydzenie do .ppt ??????);

- niesłychanie porządna, rzetelna i bogata pod wzgledem informacyjnym prezentacja Marysi Ryll dotycząca głównie internetowego życia ksiązki dziecięcej, ale także klubo-księgarni promujacych nieszablonowe, innowacyjne książki dziecięce. Mam nadzieję,  że w jakiejś postaci ta prezentacja zostanie opublikowana.

- zaskakująco "mało wnosząca" prezentacja K. Lipki-Sztarbałło o nagrodach: sucha, historyczna (!!!!), zatrzymująca się tam, gdzie - moim zdaniem - mogłaby sie zacząć dyskusja.

- dyskusja nad nagrodami ilustratorskimi: wystąpiłem w roli nudziarskiego "głosu przewidywalnego" (Anna Brzezińska), piszcząc, że artyści zabawiają sie we wręczanie samym sobie nagród za obrazki, które tylko im sie podobają i które robią dla swoich kolegów, nie dla dzieci. Z satysfakcją usłyszałem krzyk (G. Lange?) "zabrac mu mikrofon". Sam oddałem! Ale w kuluarach i tak zanudzałem tezą, że nasi dzielni  "tuwimowi" graficy zdradzili nasze dzieci: swoimi odrzucającymi dziełami i skazują je na kicz pseudodisnejowski.

- Notabene ciekawy jestem co sądzi dzisiaj mój ongisiejszy oponent z dyskusji w "norze", którego 3 (trzy!!!!) świetne, prześliczne mainstreamowe książki zostały prawie całkowicie pominięte w nagrodach przyznanych tym "innowacyjnym"...

Nieciekawe wątki:

- prowadzenie przeze mnie dyskusji na zakończenie. Przepraszam wszystkich. Szczególnie żenująca była angielszczyzna ma. Ugh :-(

30 maj 2009

Czytam sobie .... Suzanne Collins „Igrzyska Śmierci”

Książka Collins weszła na rynek z bardzo mocnym i ciekawym wsparciem promocyjnym. Wydawca (Media Rodzina) min. przygotował  naprawdę wart obejrzenia book trailer i bardzo interesującą stronę w stylu 2.0. Kiedy dodatkowo egzemplarz dotarł do mnie z rąk Mistrzyni zabrałem się wiec do czytania. Wspomnieć tu bowiem trzeba, że  – tak zasadniczo - młodzieżowe dystopie (czy jak kto woli: powieści w stylu  dark future) nie przyciągają mnie jakoś szczególnie.

Igrzyska nie zmieniły bardzo tego stanu.... Pomysł jest taki: na ruinach USA wyrosło państwo Panem składające się z 12 dystryktów, ze stolicą w Kapitolu. Dla rozrywki, ku przestrodze i uciemiężeniu obywateli dystryktów co roku urządza się w stolicy Głodowe Igrzyska. Wylosowane (po dwoje z każdego dystryktu) nastolatki biją się do krwi ostatniej na gigantycznej arenie. Ich zmagania transmituje telewizja (takie reality show). Zwycięzca Igrzysk (bo zgodnie z oczekiwaniami zostaje przy życiu tylko jeden z walczących) do końca życia będzie opływać z chwałę, szczęście i dostatek. W zagłodzonych dystryktach znaczy to naprawdę bardzo wiele...

Znacie ? Znamy, znamy....

Dlaczego książka Collins średnio mnie zachwyca? Ano przede wszystkim dlatego, że autorka niepostrzeżenie wciąga młodego czytelnika w rolę widza reality show! Szybko realizuje obowiązkową daninę „patrzcie-jaki-straszny-rząd-co-każe-dzieciom-się-zabijać”, po czym dostarcza czytelnikowi rozrywki, opartej przede wszystkim na napiętym oczekiwaniu  kto kogo i w jak okrutny sposób zabije! W jakiejś mierze Collins oferuje czytelnikowi właśnie taką rozrywkę jak zaplanował dla obywateli Panem totalitarny Rząd, o którym zresztą niewiele się dowiadujemy. Dużo ważniejsze są opisy strojów, broni i przygotowań do masakry. Bohaterowie nie buntują się przeciwko wpisaniu ich w socjotechniczne sztuczki! Bezkrytycznie akceptują konieczność „grania” pod publiczkę: otaczają ich doradcy, którzy troskliwie podpowiadają co powiedzieć, jak się zachować, aby pozyskać sponsorów, aby spodobać się publiczności. A młodociany gladiatorzy ze zrozumieniem i gorliwością wypełniają ich polecenia. Gorliwie stają się celebrytami... Nie ma tu buntu, próby ucieczki, rzucenia wyzwania diabolicznemu pomysłowi: młodzi bohaterowie właściwie bez większego oporu akceptują reguły Igrzysk. W opowieści o dzieciach - gladiatorach nie zaplanowano bowiem postaci Spartakusa!

Gladiatorzy... To pojęcie nie pada w powieści, ale oprócz charakteru „zawodów” wątków rzymskich jest sporo: imiona bohaterów, nazwa państwa Panem  (Panem et circenses – okrzyk, który wznosiło rzymskie pospólstwo domagając się pożywienia i rozrywek), Kapitol stanowiący centrum władzy... 

Rozbudowany wątek romansowy świadczy, że autorka również miała suflerów, którzy podszepnęli, że taką „zabijankę” będą – owszem - czytać chłopcy, ale zasadniczo w tej grupie wiekowej głównymi klientami księgarni i bibliotek są dziewczęta.

Powieść jest pierwszym tomem cyklu. Nie mam pojęcia co będzie w następnych: już przecież wiadomo kto wygrał Igrzyska! A może zwycięzcy bohaterowie zostaną „zaskoczeni” tym, że muszą raz jeszcze przejść przez Igrzyska, tylko takie zorganizowane: na większej arenie/na wyspie/pod ziemią/w latajacych balonach (niepotrzebne skreślić). Czytelnicy nie będą zaskoczeni, wołają - jak przed tysiącleciami:  Panem et circenses.  A Suzanne Collins już coś dla nich wymyśli!