31 paź 2007

czytam (oglądam) sobie... B. Lehman: Red book


Barbara Lehman , Red Book, Boston, 2005

Takie książki są jak małe skarby: odnalezienie takiego cudeńka daje tyle radości!

I o tym właśnie tu się opowiada: Dziewczynka znajduje po drodze do zimowej nowojorskiej (?) szkoły, w pryzmie śniegu czerwoną książkę. Zaczyna ją sobie w klasie przeglądać. Książka jest o małych chłopcu (rówieśniku?), który mieszka gdzieś na tropikalnej wyspie i ... czyta czerwona książkę! Po chwili dziewczyna widzi na kolejnej ilustracji, że chłopiec tam przedstawiony widzi w swojej książce właśnie ją oglądającą czerwoną książkę z nim na ilustracji. Dzieci ze zdziwieniem dostrzegają się nawzajem.
W głowie się kręci od lustrzanych efektów !!!
Po wyjściu ze szkoły bohaterka kupuje dwa pęki balonów i odlatuje. W locie gubi swoją czerwoną książkę.... Chłopiec z wyspy widzi na swojej ilustracji zniknięcie dziewczyny w obłokach i jest smutny. Do momentu kiedy dziewczyna nie wyląduje u niego na wyspie... Tę scenę czytelnik widzi już jednak na ilustracji zgubionej czerwonej książki, leżącej na chodniku.... Historia trwa i płynie dalej - książkę podnosi z chodnika murzyński chłopiec, którego wcześniej widać było na obrazku przedstawiającym klasę szkolną.
Red book jest całkowicie pozbawiona tekstu i narysowana najprostszą kreską, z użyciem minimalnej liczby szczegółów.
Książeczka opowiada o marzeniach, o potrzebie przyjaźni. Może trochę o samotności? Może opowiada o urodzie ksiązek? O tym na pewno !
A poza tym jest pysznym żartem: mieszają się tu i mienią perspektywy i rzeczywistości i światy przedstawione. Mimo zastosowania prostych i oszczędnych środków wyrazu artystycznego czytelnik gubi się: nie wie w której książce ogląda ilustrację - Czy w tej realnej trzymanej w rękach? Czy też widzi ilustracje w książce chłopca z gorącej wyspy? Czy może w książce dziewczynki?
Na pewno jednak czuje się jednym z ogniw magicznego łańcucha czytelników symbolicznej przecież czerwonej książki.

Podziw i szacunek!


Napisała do mnie serdeczna przyjaciółka, która pracuje w bibliotece szkolnej. Napisała, że może wiem o czymś do poczytania dla dziewczynek (jednej konkretnej dziewczynki), które nie lubią:
-horrorów
-fantastyki
-harlekinów dla dzieci
-książek o przyrodzie
-książek historycznych
-książek z obrazkami
-tego co wszyscy czytają
-tego czego nikt nie czyta
.

Nie, nie wiem.

I dlatego nie pracuję w bibliotece szkolnej. Wyobrażam sobie, że moja rozmowa z taką klientką byłaby krótka, żołnierska i przy końcu padłoby kilka słów, których do niedawna nie można było znaleźć w słownikach.
Kłaniam się Bibliotekarzom Szkolnym. Czapką do ziemi. Po polsku kłaniam się !

29 paź 2007

O książkach obrazkowych, biennale, Wiesnerze i „Smoni” też!

Kiedy ogląda się masowo książki obrazkowe nagradzane w USA, Wielkiej Brytanii czy Niemczech (a za pieniądze niemieckiego podatnika właśnie to robię!) przychodzi coraz częściej do głowy myśl, że zmienia się sens pracy grafika z tego rodzaju edycjami.
W najlepszych wykonaniach (Wiesner! Wiesner!) nie ma mowy o „ilustracjach”, tradycyjnie rozumianych jako odbicie czy nawet poszerzenie tekstu. Nie tylko dlatego, że tego tekstu może zwyczajnie nie być (Wiesner! Wiesner!).
Grafik staje się bowiem coraz bardziej kimś w rodzaju jednoosobowego filmowego scenarzysty, reżysera i kamerzysty. Przywołanie filmu jest tu nieprzypadkowe. Książki obrazkowe ostatnich dwóch dziesięcioleci wzięły bardzo dużo z kadrowanego komiksu i filmu animowanego.
Artysta grafik za pomocą obrazu coraz częściej samodzielnie OPOWIADA niż DOPOWIADA.
Bardzo mnie ciekawi w tym kontekście funkcjonowanie imprez takich jak konkursy ilustracji (przynajmniej tych z książek obrazkowych). To przecież trochę tak, jakby filmy konkurowały ze sobą na podstawie oprawionych w ramki i powieszonych na ścianie pojedynczych kadrów!

Nasi graficy (zresztą bardzo dobrzy!) – mam wrażenie - cały czas jeszcze „ilustrują” (jeżeli w ogóle dostają szansę przygotowywać książkę obrazkową). Nawet wówczas, gdy edycje są całkowicie autorskie... Przykład nagradzanej „Smoni” M. Hanulak jest odpowiedni. Mimo, iż tekst jest krótki, to na nim jednak leży cały ciężar narracji. A że w tym tekście mało treści, to... Miała dziewczyna małą smoczycę i sobie razem mieszkały, a nawet chodziły na spacery. Kropka. Ładna to historia ... niedługa.
Tyle czytasz w tekście, i tyle widzisz na obrazku! Niedużo...

Atramentowa Śmierć juz tu jest...



Ciekawe, kiedy będzie w Polsce? Bardzo lubię cykl "atramentowy"

26 paź 2007

Fortunne przypadki niedoszłego hydraulika

Przypadki w historii nauki – znany temat i niezbyt zaskakujący....
Wczoraj do Internationale Jugendbibliothek przybył szanowny i znakomity profesor z Wielkiej Brytanii.
Przy lunchu zostaliśmy sobie przedstawieni, mówię że ja z Polski. „Aha!” ucieszył się niezwykle: „tylu fantastycznych, niebywałych hydraulików z Polski do nas ostatnio przyjechało”. Widziałem, ze patrzy się na mnie z nadzieją: pewnie jakiś cieknący kran w jego small (600 sq feet) cottage. Musiałem go rozczarować, że zmarnowałem się dla hydrauliki pisząc doktorat o książce dziecięcej. A teraz też zamiast działać kluczem francuskim – jak na Polaka-hydraulika przystało – staram się coś o książkach-zabawkach dowiedzieć... Usprawiedliwiałem się dalej nerwowo, że Pan B. talentu do techniki poskąpił i w domu żona nawet żarówki wkręca sama....
Przy kawie profesor widocznie już pogodził się z odpłynięciem wizji fachowej i TANIEJ naprawy kranów i – tutaj zaczyna się najważniejsza dla mnie część opowieści – wyznał, że w piśmie stowarzyszenia kolekcjonerów i miłośników książek dla dzieci (nakład pewnie ze 45 egz.) opublikował wyczerpującą typologię książek-zabawek.
Nigdy bym tego tekstu nie znalazł!
Profesor był potem strasznie miły – pisze o tym bez ironii! – zmusił do biegu cały personel IJB i to pisemko dla mnie znalazł. Warto było się tłumaczyć z braku uzdolnień hydraulicznych. Typologia wspaniała, najdziksze koncepty edytorskie wzięte pod uwagę; jak uszyta do rozwoju moich dalszych usiłowań na polu napisania czegoś o zadziwiającym, kapryśnym i nie rozpoznanym dotychczas w PL fenomenie książek – zabawek.
Thank you, sir!

25 paź 2007

Wystawa "Kanibale w pokoju dziecinnym"

Wystawa "Kanibale w pokoju dziecinnym"


(najlepiej po kliknieciu oglądać w opcji pokaz slajdów!)

Świetna wystawa! Kompletnie zaskakujące (ale tylko w pierwszej chwili) jak często kanibale pojawiają się w książkach dla dzieci. Pewnie ma to coś wspólnego ze specyficznymi konceptami dydaktycznymi.
Och, czasami tak żal, że nie można już dzieci postraszyć KANIBALAMI.
Teraz bardziej skuteczny jest pewnie koncept „jak będziesz niegrzeczny, to w twoim komputerze zagnieździ się zły, zły wirus, który ci zje wszystkie twoje MP3 i obrazki !”

nie popisałem się :-(

Bardzo dziękuję „ani_na” za info. Nie wiedziałem, że „Holes” zostały wydane jako „Doły”. Wstyd! Wstyd!
Coś mi się tak wydaje, że nie tylko ja przegapiłem krajową publikację tej powieści... Szykuje taką listę książek „przegapionych”, słynnych za granicą, bez szczególnego odzewu w Polsce. Oraz polskich: dobrych a mało znanych.

24 paź 2007

czytam sobie ... Sachar: "Doły" /"Holes"



Louis Sachar, Holes, New York 1998/ "Doły", Prószyński, 2003

Powieść dla tweensów , 11-14 latków.
Nagrodzona Newberry Award (1999), wpisana do katalogu IJB White Ravens (1999).
Na liście 100 ulubionych książek amerykańskich dzieci znajduje się na miejscu 9!

Niezwykła powieść! Zasłużyła na wszystkie nagrody, honory i na to 9 miejsce.
Bohater, nastoletni Stanley Yelnats IV trafia do czegoś w rodzaju kolonii karnej dla dzieci. Całkowicie za niewinność. Albo raczej za sprawą klątwy, którą za przewiny Stanleya Yelnatsa I rzucono na przyszłe pokolenia rodziny jeszcze w tzw. Starym Kraju...
Chłopcy w kolonii mają tylko jedno zadanie: codziennie wykopać w pustynnej połaci (która została po onegdajszym jeziorze) tytułową dziurę. Nad skazańcami czuwają sadystyczni dozorcy, z mitycznym Strażnikiem na czele.
Jezioro, zanim wyschło 110 lat temu, było świadkiem zadręczonej miłości nauczycielki i murzyńskiego sprzedawcy cebuli. Nauczycielka, po linczu czarnego kochanka, została bandytką i przypadkowo obrabowała z fortuny także Stanleya Yelnatsa II (również część klątwy!).
Historia ze Starego Kraju (Łotwy zresztą) wraca w niespodziewanym momencie. Historie i losy bohaterów lub ich rodzin nagle zaczynają składać się w porywającą i niezwykle misternie uplanowaną, mistyczną nieomalże układankę. Dość, że Stanley uciekając z kolonii i niosąc na barana pod górkę wycieńczonego towarzysza (imieniem Zero) zmazuje winę pradziadka, Yelnatsa I , który zapomniał o obietnicy zanoszenia codziennie pod górkę pewnej egipskiej wiedźmy. Nie trzeba dodawać, że wiedźma była prababka owego wspólnika w ucieczce...
Widomym znakiem łaski jest odnalezienie przez chłopaków skarbu nauczycielki-bandytki (w kuferku oznaczonym nazwiskiem „Stanley Yelnats”, oczywiście!), uwolnienie ich z kolonii, sukces dotychczasowego nieudacznika-wynalazcy Yelnatsa III , ojca głównego bohatera.

Powieść zaczyna się jak klasyczna historia „poprawczakowa”, niepostrzeżenie wkracza w rejon czegoś co można porównać z realizmem magicznym. Od mrocznych opowieści (zobacz: choćby piosenka „Dom wschodzącego słońca”) różni opowieść Sachara także brawurowe poczucie humoru. Powieść jest bardzo amerykańska: mówi o emigracji, o konfliktach rasowych, o twardych ludziach, którzy rzucają wyzwanie losowi i nędzy i ciężką pracą oraz uporem odnoszą zwycięstwo.
Misternie utkana fabuła robi mocne wrażenie, prawdziwa POWIEŚĆ. Jeżeli zsumować wspomniane wyżej poczucie humoru, charakterystyczne pełnokrwiste postaci i szybką, prącą nieprzewidywalnymi zakosami akcję to na końcu takiego równania znajdzie się wynik – dobre, „nieodrywalne” czytanie, z płonącymi z podniecenia uszami.
Acha! i warto zwrócić uwagę – krótkie rozdziały - niektóre po 2-3 strony. Znowu pamięta się o czytelnikach opornych....

22 paź 2007

Pisane dziecięcą rączką

Chyba mnie jednak denerwuje dość rozpowszechniony proceder publikowania recenzji książek dla dzieci pisanych przez samych zainteresowanych.. Nie byłem początkowo pewien czy mnie denerwuje, nie ! Ale jednak....
W „Notesie Wydawniczym” czy „Książkach - Magazynie Literackim”, nie mówiąc już o popularnych periodykach dla dam pojawiają się bowiem czasami takie oto – mniej więcej - teksty:
„Przeczytałam/łem książkę (tu tytuł). Ja myślę, że ona jest bardzo fajna i ciekawa. Dzieciom na pewno będzie się podobała. Szczególnie fajne było jak on wszedł na tę palmę (drzewo/trzepak/konia/biurko) i spadł. Potem go bolało i było mi trochę smutno. Ilustracje są kolorowe i ładne, ale powinno ich być więcej.”
Zuzia/Krzysio/Andżelika/Nabuchodonozorek, lat 4 i 3 miesiące.
<ooooooooooch: damski, wzruszony chór szemrze w podziwie i wzruszeniu>
Tylko czego Ty się czytelniku dowiedziałeś o tej książce? Chyba niewiele....
Ale jednak – wraca wątpliwość – czyje w końcu zdanie jest najważniejsze? Czy właśnie nie Zuzi/Krzysia/Andżeliki? Nabuchodonozorka?
Problem w tym, że ich zdanie jest oczywiście piekielnie ważne, ale nie oznacza to, że zainteresowani są w stanie zadowalająco zaprezentować przyczyny dla których takie zdanie mają. A recenzja, jeżeli ma być czymś więcej niż sentymentalną „satyrą w krótkich majtkach” (pamiętacie tygodnik „Kobieta i życie”, ostatnia strona ?) powinna być głębsza niż sakramentalne „książka podobała mi się bo była fajna”.
A! i pamiętać należy, że dzieci do lat 7 mają tendencje do odpowiadania, że im się wszystko podoba. Sądzą, że dorośli tego oczekują....
I na końcu pytanie: po co kruszyć kopię? Przecież to takie sweeeet i krzywdy nie robi (nawet jeżeli nie pomaga), a budzi wzruszenie mam-czytelniczek, ożywia nudne kolumny recenzenckie. Tak! Trzeba kruszyć kopię, bo te sweeeet recenzje umacniają ludność w dość powszechnym zresztą przekonaniu, że o książkach dla dzieci może pisać absolutnie każdy, bo każdy się na tym przecież zna. Świetnie by było, gdyby tak było. Ale nie jest. Kropka.
Po okolicach literatury dziecięcą krąży widmo .... : gombrowiczowska PUPA. Po co takimi „recenzjami” rzeczoną PUPĘ materializować?

Acha: będzie poważnym uproszczeniem teza, że tekst powyższy jest zemstą za zlekceważenie 2 lata temu („Książki - Magazyn Literacki”) recenzji napisanej przez Antoniego Z., lat 9!

19 paź 2007

czytam sobie ... Wiesner: "Tuesday"



David Wiesner, Tuesday

Właściwie powinno być „oglądam sobie”...

Książka obrazkowa z minimalną ilością tekstu. Opowieść całkowicie surrealistyczna. Około zmroku we WTOREK (Tuesday) zaczyna się coś dziać... Po nocnym niebie małego miasteczka zaczynają na liściach lilii wodnych szybować okoliczne żaby (ropuchy). Nic nie gadają, ale ich roześmiane i frywolne pyski znamionują złośliwą inteligencję.
W locie koszącym straszą ptaki na drutach telefonicznych, zaglądają ludziom do okien, korzystając z drzemki babci oglądają w jej pokoju telewizję. Opowieść jest uporządkowana według chronologicznego rozwoju wypadków. Każdemu obrazkowi przyporządkowana jest godzina. Około 4 nad ranem pies zdenerwował się i pogonił zbyt odważną ropuchę. Około 6 wszystko wraca do normy. Żaby – jak gdyby nigdy nic – lądują w stawach. I wyglądają znowu jak zwykłe żaby.... Następnego dnia mężczyzna, któremu ropuszyska zbyt bezczelnie podlatywały wezwał policję. Na obrazku klasycznie sportretowany detektyw (prochowiec, kapelusz zsunięty na tył głowy...) z namysłem ogląda leżący na jezdni mokry liść. W tle znany z wcześniejszych stron mężczyzna nerwowo pokazuje innym funkcjonariuszom puste (już !) niebo. Na kolejnym obrazku, zatytułowanym „W następny wtorek około ósmej” można zobaczyć ścianę stodoły na której rysuje się dziwny, ale jakby znajomy cień...Zza węgła domu naprzeciwko widać w powietrzu coś, co ewidentnie każe myśleć o szynce wielkanocnej. Na ostatnim obrazku („wtorek 21.00”) widać stado niezwykle radosnych świń szybujących przy kurku wietrznym.
Po prostu cudo! Książka daje niezmierzone możliwości wspólnej zabawy z dzieckiem, pole do dyskusji, do fantazjowania. A poza wszystkim rzecz jest super zabawna (komizm żabich postaci i surrealistycznych sytuacji).
Książka – podobnie jak inne rzeczy Wiesnera - narysowana jest bardzo realistycznie (hiperrealistycznie?) na dużych formatach i do tego na rozkładówkach. Artysta zastosował komponenty poetyki komiksu (np. scena spotkania żaby z psem – w płaszczyznę strony wmontowane zostały trzy kolejne kadry).
Ciekawe czy Wiesner czytał to pyszne opowiadanie S. Kinga o parze, która trafia przypadkiem do miasteczka w którym tradycyjnie co roku odbywa się - przez jedną noc-ulewa żarłocznych ropuch-ludojadów?

Nowoczesna tragedia...

Zepsuł mi się na obczyźnie laptop. Po prostu! W pewnym momencie ekran przestał współpracować z całą resztą. W środku nocy (w trakcie pisania zaplanowanej pańszczyzny – trzecią stronę tego dnia pisałem!) wszystko się zaczerniło. Włącznie z moim umysłem. „Widzę ciemność!!!!” Noc nie przespana – dojścia do serwisu monachijskiego TejSzyby nie mam, papierów na gwarancję też nie . A nawet gdyby : powiedzieliby w serwisie Herr Haase: zwei wochen warten [tzn. Zającu, dwa tygodnie se poczekaj].
Na szczęście przemiły Herr Hesse w Bibliotece [Danke Schoen!] dał mi monitor , który podłączyłem i dzięki temu ......właśnie ... teraz... gwazdam.

17 paź 2007

Książka konwergencyjna ?

Czy już wszyscy wiedzą, że żyjemy w erze konwergencji mediów ? Tak, tak ! Stary straszak („radio/kino/telewizja/komputer zniszczy książkę”) idzie do lamusa. Dość niespodziewanie (?) okazało się, że ludzie, szczególnie młodzi są skłonni do korzystania ze wszystkich mediów równolegle. Rzecz jasna, nie przypadkiem okazało się także, że przekazy medialne również mają tendencję do zdradzania jednych nośników dla innych. Pewnie upowszechnienie komputera i technik z nim związanych coś tutaj wniosło. Kiedy czyta się takiego H. Jenkinsa i jego opowieści o kulturze konwergencji zaraz pojawia się pytanie o to, co będzie z książką. Skoro już wiemy, że nie zaniknie, to co ?
Jedną z odpowiedzi przynosi obserwacja stosunkowo nowych konceptów wprowadzanych przez marketing na rynku książki dziecięcej. Oto jak się dobrze przyjrzeć to można sobie wyobrazić, że jesteśmy świadkami powstawania czegoś, co można pewnie nazwać książką konwergencyjną (uch, niezręczny termin!).
Książka konwergencyjna (a może konwergentna ?) miałaby być więc (mogłaby być?) otwartym formatem, w którym narracja stanowiłaby w dalszym ciągu podstawę, tyle, że papier/druk nie domykałby jej. Książka taka (w sensie nośnika) stanowiłaby centrum, od którego mogłaby rozpoczynać się dalsza przygoda. Czytelnik miałby do czynienia z szeregiem medialnych „rozszerzeń” narracji (nie: „wersji”, jak to bywa obecnie). Część z owych rozszerzeń zakładałaby z definicji aktywność intelektualną i KREATYWNOŚĆ czytelnika/użytkownika. Bo w tę stronę kultura konwergencji i związana z nią kultura 2.0 niewątpliwie podąża. Na tym polega zjawisko, które nazwałem gdzieś żartem Buntem Mas 2.0. „Mamy swoje laptopy, internetowe aplikacje, cyfrowe aparaty, kamery, odtwarzacze MP3, nie chcemy już być tylko chodzącymi odbiornikami, chcemy mieszać, kreować, współtworzyć”.
Przykładu pozwalającego przeczuwać kształt rzeczy przyszłych dostarcza angielska strona internetowa Kościanego Przyjemniaczka, powieści grozy i -kryminalno-młodzieżowo-fantastycznej (Derek Landy, w IV RP książkę opublikowało Wydawnictwo Amber).
Strona ma charakter w oczywisty sposób reklamowy. Co tu czytelnik Kościanego... znajdzie? Animowany teledysk wideo z piosenką, wywiad z głównym bohaterem (w wersji audio), galerię postaci zaopatrzoną w ich charakterystyki (wychodzące zakresem poza tekst!), można wysłuchać fragmentu powieści w wersji słuchowiskowej, przeczytać wywiad z autorem, zagrać w grę związaną z powieścią. Można wreszcie ściągnąć tapety na ekran komputera i dzwonek do telefonu komórkowego. Można wysłać email z sekwencją wideo do znajomego, w którym tekst będzie „wydrukowany” na płycie nagrobnej !
Jeszcze niewiele tu kreatywności, wszystko to jeszcze prymitywne, jeszcze nachalnie reklamowe, niemniej widać zarysy pewnych potencjalności. Nie ma tu – na przykład- zachęty do budowania fanfików, (fan fiction – teksty pisane przez czytelników i związane z „utworem-matką”) przywoływanych przez Jenkinsa jako ważny komponent kultury konwergencji. Nie ma forum, na którym czytelnicy mogliby wymieniać się uwagami. Komunikacja jest cały czas raczej jednokierunkowa.
Niezwykle ważna jest jeszcze jedna okoliczność: Kościany Przyjemniaczek to nie jest jakiś Produkt Totalny z nalepionymi w każdym miejscu „™” i „®”, z budżetem liczonym w milionach dolarów. Ot, taka sobie książka szykowana na umiarkowany bestseller w okolicach Halloween.

15 paź 2007

Trzeba coś z tym zrobić!

Jest takie dwutomowe fundamentalne dzieło, zredagowane przez międzynarodowe guru dziec.lit Petera Hunta. Dzieło nosi tytuł International Companion Encyclopedia of Children’s Literature. Wyszło już (2004) drugie wydanie. Dwa opasłe tomiszcza zawierają teksty problemowe napisane przez najważniejszych i najbardziej (w kręgu anglosaskim przynajmniej) znanych badaczy. Wybrane najważniejsze zagadnienia, prezentowane najnowsze koncepty. No, po prostu cymes! Muzeum Książki Dziecięcej powinno jakimś cudem to kupić. Jakimś cudem, bo ta pięknościowa rzecz kosztuje 982, 7 PLN .
Niestety, jest z tym dziełem pewien problem....
..... Oto jakieś 6-7 lat temu przyszło do Polski pismo i krążyło tam gdzie rzeczywiście krążyć powinno, pismo proszące o info na temat współczesnej polskiej literatury dziecięcej. Krążyło (sam jestem nie bez winy) i krążyło. I nie wykrążyło....
I bierzesz teraz polski czytelniku drugi tom tego pomnikowego dzieła o którym powyżej i oglądasz sobie raporty dotyczące dziec. literatur z różnych krajów.
Niestety, jest tu i Polska. Tekst napisała badaczka australijska. Nie jej wina. Nie wysłali im nic z PL, więc posiłkowała się czym mogła.
Efekt jest druzgocący ! Marię Dąbrowską („Dombrowska”) jeszcze człowiek zniesie, ale pojawienie się niesławnej pamięci Heleny „Soso” Bobińskiej jako prominentnej autorki ... to zły sen. Całe szczęście, że stalinówka pojawia się jako BIBIŃSKA.
Nie mam nic przeciwko Marianowi Murawskiemu , ale info o nim zajmuje 20% całego artykułu!
Ostał się jeszcze Korczak (to byłby szok gdyby jego zabrakło!) i Siesicka.
Dodajcie do tego Klementynę z Tańskich i macie obraz polskiej literatury dla dzieci.

Sami żeśmy sobie zgotowali ten los......

Kukiełkowy Potter ...z youtube'a ...z IBBY'owskiej poczty

11 paź 2007

czytam sobie ... Herrick "Love ghosts & nose hair"



Steven Herrick: Love ghosts & nose hair. Queensland 1996

Opowieść o życiu rodziny dotkniętej przez przedwczesną śmierć matki. Osamotniony ojciec ledwo dorosła córka i 16 letni syn muszą sobie poradzić z tragiczną sytuacją. Czytelnik spotyka ich 7 lat po pogrzebie.
Love ghosts ...... to bardzo elegancko przyrządzona mikstura z momentów tragicznych, wzruszających, śmiesznych. Jak nakazuje najlepsza amerykańska tradycja pop kulturowa patos łamany jest przez komizm - metoda sprawdzona i tutaj umiejętnie zastosowana.
Główny bohater, Jack żyje w długim cieniu odejścia ukochanej matki – jak to w życiu jednak bywa – nie oznacza to, że chwilami nie dobija go bardziej obsesyjny problemat niechcianych włosów w nosie. Włosów, które – jest o tym głęboko przekonany - zrujnują jakiekolwiek prospekty życia uczuciowego. Na szczęście nie ma racji. To właśnie trzy komponenty tytułu : Miłość (love) – pierwsza i wzruszająca, duchy (ghosts) – wspomnienia matki i wreszcie budzące skrajne zażenowanie, niemożliwe do zwalczenia włosy w nosie (nose hair).
Na powieść składają się krótkie wersyfikowane fragmenty tekstu. Podmiotami lirycznymi – bo tego określenia chyba trzeba tu użyć - są zamiennie Jack, jego siostra Desiree, Ojciec i dziewczyna Jacka, Annabel.
Forma literacka verse novel na pierwszy rzut oka raczej pretensjonalna, świetnie się jednak broni. A może nawet lepiej – dzięki zastosowaniu wersyfikacji i poetyki typowej dla liryki przekaz emocjonalny staje się niezwykle silny.


„Rozdział” zatytułowany „Pogrzeb”:


„Pogrzeb”
Mieliśmy po 12 lat
Martwy ptak na schodach
Ezra dotknął zmatowiałych piór
Kijem
Zastanawiał się głośno
Czemu ptak poleciał w zamknięte okno
Wzięliśmy szpadel Ojca
Zakopaliśmy ptaka pod iglakiem
Związaliśmy dwa patyki
Daliśmy napis
Requiscat in pace
Ezra powiedział, że do tej pory nigdy
Nie widział nikogo martwego
Ja widziałem
powiedziałem
i wbiegłem szybko do domu.


Historia dojrzewania Jacka (bo oczywiście Love ghosts... to przecież klasyczny bildungsroman) opowiedziana została za pomocą kilkudziesięciu (80?) podobnych, nieco krótszych, bądź nieco dłuższych „fragmentów”.
Wydaje się, że taka forma literacka może być niezwykle interesująca dla nastolatków. Przekaz pomija wszelkie opisy, jest niezwykle dynamiczny, oparty - jak się rzekło wyżej - na epatowaniu silnymi emocjami. Dla bibliologa najciekawsze są jednak konteksty związane z mechanizmami czytelniczymi. Verse novel zachęca krótkimi zamkniętymi fragmentami, „całostkami”. Już sam układ typograficzny strony („dużo białego”, każdy fragment opublikowany jest na nowej stronie) może być atrakcyjny; szczególnie dla czytelników opornych. Dobrze by było, żeby w Polsce ktoś spróbował tak napisać. Wydawcy (np. Znak) słyszeli już o takich formach, a nastolatkom spodobałoby się bardzo!

I jeszcze jeden "Rozdział":


  • „Kariery”
    Mamy w szkole
    Tydzień Karier Zawodowych
    Przyszedł taki ważniak
    W białej koszuli i czarnym krawaciku
    Rozmawia z nami pojedynczo
    O naszej przyszłości
    Przy 10 % bezrobocia
    Wszyscy staramy się o niej nie myśleć
    Wczoraj Ezra gadał z gościem
    Powiedział mu tyle
    Że co do przyszłości ma jeden plan
    Nie chce oglądać swojego ojca
    Znam ojca Ezry – to sensowny plan
    Ja już wiem jak będę z tym Doradcą gadał
    Będę gadał non-stop
    A potem szybko zwieję
    Powiem mu że ożenię się z Annabel
    Napiszę tomik wierszy
    Takich ze nawet tacy jak on przeczytają
    Kupię dom na klifach
    Znajdę środek na włosy w nosie
    Zwyciężę w Olimpiadzie Poetów
    Będę regularnie udzielał wywiadów
    W telewizji
    I nigdy więcej nie postawię stopy w szkole
  • I nigdy nie założę białej koszuli i czarnego krawacika

W czwartkowy, październikowy poranek ...

moje biureczko w bibliotece
Poranny zamek Blutenburg we mgłach cały






10 paź 2007

czytam sobie ... Cormier: "We all fall down"



Robert Cormier: We all fall down, London 1991.

W nocy 4 chłopaków pod wodza charyzmatycznego Harrego Flowersa demoluje, dewastuje, PLUGAWI, przypadkowy - jak można sądzić – dom Jeromów, porządnej, mieszczańskiej rodziny w sennym amerykańskim miasteczku. Oddają mocz na ściany, rozbijają wszystko co tylko do rozbicia się nadaje. Piją i szaleją. Na nieszczęście w trakcie orgii zniszczenia w domu pojawia się młodsza córka Jeromów, Karen. Dziewczyna jest napastowana, w trakcie ucieczki, zostaje zepchnięta do piwnicy, spada po schodach. Napastnicy nie przejmują się tym specjalnie. Odjeżdżają.
To zdarzenie stanowi punkt wyjścia do wielowątkowej, gęstej od emocji opowieści. Cormier rozpisał fabułę na 3 głosy. Poznajemy więc historię Buddiego, jednego z włamywaczy tragedię nagłego odejścia ojca atrofię życia rodzinnego i rozwijający się alkoholizm chłopca.
Poznajemy dramat rodziny Jeromów, która nie tylko nie może dojść do siebie po traumie zniszczenia i splugawienia domu, ale dodatkowo walczy o życie Karen. Dziewczyna przeżyła upadek, leży w komie. Ta część opowieści opowiadana jest przez jej siostrę, Jane.
Trzeci wątek narracyjny to opowieść tajemniczego, jedenastoletniego Mściciela. Mściciel obserwował nocne zajścia u Jeromów. Zaprzysiągł wziąć odwet na napastnikach. Z lektury kolejnych stron zaczyna stopniowo wynikać, że Mściciel jest chorym psychicznie socjopatą, z historią przeraźliwych morderstw.
Drogi tych trojga splatają się w historię nieuniknionych nieszczęść, prawie na miarę antycznej tragedii. Autor nie daję bohaterom żadnych szans. Konstruuje fabułę w ten sposób, aby nie zostawić czytelnikowi żadnych właściwie złudzeń co do łaskawości losu.
Powieść jest przeraźliwie i dojmująco pesymistyczna. Spod pióra tego autora nie wychodzą przecież inne.... Cormier – podobnie jak w "Czekoladowej wojnie" zadaje pytania o źródło zła. Jak to jest, że ludzie popełniają odrażające czyny? Wydaje się, ze oczywiste jest miejsce Ctego pisarza w arcydyskusji pomiędzy zwolennikami konceptu zła wrodzonego, stanowiącego część natury ludzkiej a tymi, którzy wierzą w społeczne uwarunkowania zła. W "Czekoladowej Wojnie" sprężyną nieprawości był demoniczny Archie. W "We all fall down" podobną rolę pełni Harry Flowers. Warto przyjrzeć się podobieństwom i różnicom pomiędzy tymi dwoma postaciami. Obaj chłopcy są ucieleśnieniem nieprawości; manipulują ludźmi, wykorzystują ich, prowokują do potwornych uczynków. I czerpią z tego siłę i satysfakcję. Obaj są niezwykle inteligentni. Jednak poznając Archiego można mieć wrażenie (choć Cormier nie stawia sprawy jasno), że za jego uczynkami stoją być może bliżej nieokreślone kompleksy... Może jest z biednej rodziny ? Może rozwiedzeni rodzice? W przypadku Harrego autor nie pozostawia czytelnikowi żadnych złudzeń: to chłopak z bardzo dobrej, bogatej rodziny. Matka i ojciec są razem. Kochają swojego syna. Syna, który poza domem jest uosobieniem czystego, pozbawionego jakiegokolwiek wytłumaczenia zła.
Nieszczęścia i dramaty, które są udziałem pozostałych bohaterów są na dobrą sprawę prostą konsekwencją działań Harrego Flowersa (który zresztą - inaczej jak Archie - nie pojawia się zbyt często na stronach powieści).
W "We all fall down" wraca bowiem charakterystyczny dla Cormiera wątek heroicznej, beznadziejnej, skazanej na niepowodzenie walki ze złem. Renault w "Czekoladowej Wojnie" przeciwstawił się naciskowi społeczności wiedzionej przez złoczyńców, Chłopiec (Adam) z "W kole" musiał obronić siebie, swojego ojca przed zaciskającą się pętlą drążących przesłuchań tajemniczych służb. Buddy jest w trudniejszej sytuacji. Nie ma zresztą dwóch zdań: sam ją dla siebie przygotował. Ucieczka przed dramatem rodzinnym pchnęła go w objęcia alkoholu i złych ludzi. W katarktycznym – jak sądzi - alkoholowym amoku popełnia czyny, których nie można zapomnieć ani wybaczyć. Cóż stąd, że został sprowokowany? Cormier bezlitośnie przypomina, że każdy odpowiada samodzielnie za swoje działania. Powieść w dużej mierze jest poświęcona heroicznej walce Buddiego o uwolnienia się od zła. Zła, które sam popełnił, zła które symbolizuje niezrozumiała dla niego decyzja odejścia ojca od rodziny do innej kobiety. Zła tkwiącego w alkoholu, łamiącym młodą osobowość.

Wieloznacznym kluczem do zrozumienia przesłania utworu jest zresztą sam tytuł: "Wszyscy upadamy". Z jednej strony jest to fragment dziecięcego wierszyka towarzyszącego grze, pozornie niewinnego, w gruncie rzeczy jednak mającego swoje korzenie w średniowiecznej opowieści o dżumie.... Nieświadome niczego, niewinne dzieci wyśpiewują w parku piosenkę, kończącą się „nakazem” ... wszyscy upadamy. Brzmi to jak swoiste memento mori. Z drugiej strony bohaterowie Cormiera upadają całkiem dosłownie: Karen spada ze schodów dewastowanego domu, Buddy spada ze schodów ruchomych prosto pod nogi jej siostry. Tytuł powieści Cormiera można także rozumieć jako przypomnienie: wszyscy jesteśmy zagrożeni upadkiem, złem , śmiercią w końcu. Bezradność człowieka w obliczu zła ilustruje najdobitniej trzeci wątek fabuły, zaskakująca i tragiczna historia Mściciela. Niezawiniona choroba psychiczna zmieniła sympatyczną osobę w potwora, ogarniętego morderczą manią. Dlaczego? Za co? Z jakiej przyczyny?

9 paź 2007

ocieram się o sławę

Posted by Picasa Niespodziewanie otarłem sie o sławę! nie swoją niestety :-)

nieśmiało

Nieśmiało zakładam bloga. Na razie tylko wychynę z zajęczej nory i się rozejrzę a jutro więcej zrobię.....