30 gru 2007

oglądam sobie... G.Lange: Świat jest dziwny


Byłem parę dni temu na wystawie Sasnala w Zachęcie. Bardzo interesująca. W jednej z sal wystawowych prezentowany był taki film sygnowany przez artystę: duży bałwan z uczepionymi sankami został poddany działaniu ognia, a mówiąc prościej podpalony. I topił się. W sali siedział spory tłumek i w modlitewnym uniesieniu obserwował jak bałwan się topi.
Wyszedłem z tej sali ubogacony. Moje życie się zmieniło. Nabrałem nowego zrozumienia dla świata. Zrozumiałem na czym polega najgłębsza istota rzeczywistości.
No... dobrze, było trochę inaczej... : wybiegłem z tej sali prawie wrzeszcząc, że artysta robi sobie jaja z ludzi i to za ich własne pieniądze.
Dlaczego o tym pisze na blogu, który jest poświęcony literaturze i książce dziecięcej? Bo takie same mam wrażenia i tak samo chce mi się strasznie wrzeszczeć, kiedy oglądam książkę Grażki Lange Świat jest dziwny. Całe szczęście, że w tym przypadku nie są zaangażowane pieniądze podatnika.
Myślę, że wystawa Sasnala i książka Grażki Lange ma szanse tak NAPRAWDĘ spodobać się jakimś 100 osobom w Polsce. A dużo, dużo większa grupa czuje się ZOBOWIĄZANA do modlitewnego wpatrzenia i podziwu. No, bo kto krzyknie, że król jest nagi ? I że INNOWACYJNY Świat jest dziwny jest tak samo użyteczny dla dzieci jak dla mechanika byłby użyteczny INNOWACYJNY młotek z rączką najeżoną kolcami? Albo - dla użytku domowego - serwis do kawy zrobiony z futra?
Serwis do kawy z futra ! To ładny koncept i porusza wyobraźnię, budzi wiele sensualnych skojarzeń, zachwyca absurdalnością. Ale nikt przy zdrowych zmysłach nie próbowałby pić z niego kawy! Podobnie z książką Grażki Lange. Maziste zarysy, plamy i kleksy w najdalej uproszczony sposób oddające przedmioty i postaci, typografia w której Joanna Olech słusznie pewnie widzi cechy kaligrafii orientalnej, niech by to było nawet wszystko razem graficzne haiku. Plamy i zarysy mają za zadanie zachęcić dzieci do kolorowania. Bo to książka kolorowanka. Wszystko to oryginalne, ciekawe i póki co czarne i białe.
Tylko co dzieci mają z tym wspólnego?

20 gru 2007

Fragment prezentacji z Instytutu Książki

Opusciłem się, niestety, w blogowaniu :-) Cała para poszła w zażarte dyskusje pozablogowe.
Dla pokazaniu choćby odblasku tych dyskusji zamieszczam fragment mojej prezentacji z Instytutu Książki.*



* ilustracje na slajdach: te po lewej są rodzime, te zas po prawej - obce.

19 gru 2007

czytam sobie ... B. Kosmowska Pozłacana rybka - Nagroda Książka Roku


Nie znam zbyt dobrze twórczości Barbary Kosmowskiej dla dorosłych – czytałem dotychczas tylko jedną powieść (Gobelin) i nie rzuciła mnie na kolana.
Zupełnie inaczej ma się rzecz z młodzieżowym nurtem w twórczości tej autorki. Po bardzo udanej i nagrodzonej Bubie, po świetnej Bubie 2 – Sezon ogórkowy na rynku pojawiła się – również przystrojona w laury (nagroda im. Astrid Lindgren) - Pozłacana rybka.
Rybkę... doceniła również PS IBBY przyznając jej nagrodę Książka Roku. Pani Barbaro – czy nie nudzi to Pani? Tak ciągle wygrywać konkursy?
Pozłacana rybka to opowieść o trudnym dorastaniu, o trudnym momencie w życiu głównej bohaterki, Alicji. Dziewczyna wchodzi w dorosłość doświadczając dramatu rozpadu własnej rodziny oraz tragedii choroby i śmierci przyrodniego brata.
Katalog trudnych/drażliwych tematów poruszanych w powieści jest dość długi (mówi o tym w wywiadzie Joanna Olech); siła Rybki oparta jest jednak bardziej na świeżości i oryginalności z jaką autorka tematy takie podejmuje. Nie ma tutaj łatwych, oczekiwanych przez czytelnika rozwiązań. Ojciec Alicji odchodzi do innej kobiety, która - inaczej niż klasycznych powieściach dla nastolatek – nie okazuje się być transpozycją „złej wiedźmy”, porywaczki mężczyzn. „Królowa lata” to kobieta piękna, wrażliwa i przyjaźnie nastawiona do dziewczyny. I odwrotnie – w toku rozwoju fabuły okazuje się, że to nieco toksyczna, bezgranicznie zatopiona w swojej pracy zawodowej matka Alicji ponosi dużą część winy za rozwód. Ale i ta bohaterka ma swoją szansę – w najtrudniejszym momencie umie wykazać się współczuciem i walczyć razem z byłym mężem o życie jego dziecka z drugiego małżeństwa. Również w swoim własnym życiu uczuciowym Alicja stoi przed trudna próbą: jej ukochany chłopak, pierwsza miłość jest naprawdę wodzony na pokuszenie przez inna dziewczynę, naprawdę się waha...
W pisaniu Kosmowskiej jest wiele liryzmu, to nowoczesna powieść serca. Ma naprawdę szanse wzruszyć i poruszyć czytelniczki. Właśnie: czytelniczki. Bo to przecież – nie ma co ukrywać - nowa generacja powieści pensjonarskiej! Wiele tu wątków, które naprawdę stanowią tematy codziennych ważnych rozmów dziewczyn w liceach – anoreksja, narkotyki, pierwszy seks, pieniądze i ich rola w życiu....
Ja myślę nawet, że licealistki pewnie lubią też czytać o tym, że „sierpień gasł w czerwieniach winobluszczu” ... I taka właśnie jest ta opowieść Kosmowskiej: wyważone i inteligentne poczucie humoru, pewna nawet drapieżność, odwaga podejmowania bolesnych tematów, przekora, prowokacyjne rzucanie wyzwania sztampowym konceptom fabularnym łączy się zgrabnie z dziewczyńskim, właśnie takim pensjonarskim!, trochę łzawym liryzmem. I choć nie ukrywa się tutaj tych najmroczniejszych stron życia, czytelnik nie wpada w depresyjne piekło (jakie funduje swoim klientom nielubiana przez mnie bardzo Przybylska).
Pozłacana Rybka to dobre pisanie, z ręką na pulsie prawdziwego życia i prawdziwych potrzeb czytelniczek.

Ps. Wydawca bardzo skrzywdził powieść wtłaczając ją w zupełnie nieadekwatną i kretyńską (tak!) okładkę.

12 gru 2007

Postępy w 2.0: podcastuję i nagrodę Książka Roku relacjonuję

Zwróćcie, szanowni czytelnicy uwagę (proszę! proszę!) na pierwszy podcast jaki w życiu zamontowałem! Jest tu z boku, po prawo i pozwala usłyszeć nagrania głosów Pani Prezes IBBY i Pani Przewodniczącej Jury Literackiego IBBY (zaczerpnięte z Polskiego Radio). Mówią ważne rzeczy o Nagrodzie Książka Roku PS IBBY i ładnie mówią, warto posłuchać!

9 gru 2007

Nagroda Polskiej Sekcji IBBY – Książka Roku

To był dla mnie tydzień bardzo dzieciologiczny! Danie główne to oczywiście:
6.12.2007: uroczystość wręczenia nagród PS IBBY.

Słowo „uroczystość” jest tutaj jak najbardziej na miejscu – uczestniczę w takich wydarzeniach od dobrych parunastu lat, ale takiej fety i gali jeszcze nie było!

Sala w bibliotece na Koszykowej – szczelnie wypełniona ludźmi:

wystawa prac ilustratorskich – do natychmiastowego obejrzenia:

książki nagrodzone – do natychmiastowego kupienia, liczni dziennikarze – uwijali się jak szaleni, liczne osobistości – obecne:
,
Zarząd IBBY – piękny, prezes IBBY – dowodzący, sprawny, elokwentny, zawsze na miejscu, udowadniający przewagę ducha na gipsem:

prezentacja tytułów – superprofesjonalna, scenariusz imprezy – dograny jak w wojskowym planie, przekąska – smakowita i w dowolnych ilościach!

Sukces!

A ja to pisze obiektywnie, bo w gigantycznym i całkowicie społecznym wysiłku logistycznym i organizacyjnym miałem maciupki udział, więc i sam siebie nie chwalę.
O samych wynikach pisać w tym miejscu nie będę ponieważ wszystko można znaleźć i w szczegółach na stronie PS IBBY.

Napiszę jeszcze tylko tyle, że sukces ten jest z jednej strony efektem morderczej SPOŁECZNEJ pracy świetnego zespołu, ale także - z drugiej strony - pozwala na optymizm, co do zainteresowania opinii publicznej sprawą książki dziecięcej.

5 gru 2007

"Przybyło w naszym pułku" !



dr hab. Grzegorz Leszczyński

To kompletnie nieudane zdjęcie miało za zadanie uwiecznić wydarzenia znaczącego dnia (4.12.2007) dla polskiej dzieciologii (albo jak kto woli "akademickich rozważań nad literaturą dziecięcą"). Oto odbyła się intronizacja nowego samodzielnego pracownika naukowego z naszej dziedziny.
Rada Wydziału została powalona zarówno przebiegiem kolokwium jak i wykładem.
A potem gratulacje i uściski.
Do których i ja się z wielka radoscią dołączyłem i dołączam!

2 gru 2007

Czytałem sobie... V. E. Wolff: True believer.



Virginia Euwer Wolff: True believer, New York, 2001

To już ostatnia z moich książek “monachijskich”, w Polsce nie wydanych . Wstawiam ją ponieważ w jakiś sposób koresponduje z niżej zasygnalizowanym wątkiem „smrodku dydaktycznego”. Mocno i ciekawie koresponduje .....

True Believer to drugi tom verse novel poświęconej Vernie LaVaughn. (poprzedni – Make the lemonade). Bohaterka żyje w biednej dzielnicy nieokreślonego bliżej dużego amerykańskiego miasta. Dziewczynie przychodzi dojrzewać w społeczności przeżartej przez przemoc, narkotyki i demoralizację. Strzelaniny, napady są codziennością. Bramki do wykrywania metalu w szkole – normą. Ojciec bohaterki został przypadkowo zastrzelony przez gangsterów. Matka, samotnie wychowująca dziewczynę ma tylko jedno marzenie – wyrwać ją z tego piekła. Jedyną drogą do lepszego losu jest dostanie się na studia i ich ukończenie. W tle każdego działania podejmowanego przez matkę i córkę widać więc zarysy studiów, urastających w ich myśleniu do roli bramy do nieba
W Make the lemonade Verna podejmuje pierwszą w życiu pracę – opiekuje się dziećmi 18 letniej Jolly. Jolly jest przeciwieństwem Verny. Nie myśli o przyszłości. Ma dwoje dzieci z nieznanymi ojcami. Verna nie tylko zajmuje się dziećmi Jolly, stara się też na miarę swoich sił pomóc dziewczynie zrobić coś z jej życiem. Sens tytułu – droga życia usłana jest kwaśnymi cytrynami. Najważniejsze więc jest by nauczyć się z nich robić słodką lemoniadę.
W drugiej części bohaterka jest już rok starsza, ma 15 lat. Czas na pierwszą miłość... Niestety, chłopak (Jody), którego dziewczyna obdarza gorącym uczuciem okazuje się być homoseksualistą. Verna przeżywa prawdziwy szok, jej życie obraca się w gruzy.
Tak naprawdę jednak druga część (planowanej) trylogii poświęcona jest temu samemu tematowi co pierwsza – dźwiganiu się z nędzy i demoralizacji.
To co dla polskiego (dorosłego) czytelnika może być najbardziej egzotyczne to fakt, iż ma do czynienia z odpowiednikiem pozytywistycznej powieści tendencyjnej, a Verna LaVaughn jest swojego rodzaju amerykańską Siłaczką.
Wszystkie wątki obu powieści prędzej czy później ogniskują się na naczelnym temacie. Jeżeli czytać dokładnie tekst to można odnieść wrażenie, że miłość do Jodiego widziana jest głównie jako zagrożenie dla uzyskania dobrych ocen, które doprowadzą do collegu. Można mieć wrażenie, że powieść ma ten klasyczny amerykański podział na good guys i bad guys: dobrzy, dzielni, godni naśladowania to ci, których życie uregulowane jest myślą o collegu. Źli – to ci wszyscy, którzy myślą inaczej ....
Trochę to groteskowe, ale tylko na pierwszy rzut oka. Kiedy uświadomić sobie, że za tendencyjną fabułą, nachalnym dydaktyzmem i uproszczeniami stoi gorączkowa i heroiczna nadzieja na uratowania życia kilku nastoletnich African Americans, którzy inaczej zaczną biegać z bronią po mieście zabijać ludzi, a sobie aplikować każde świństwo, które „daje kopa”.... Wtedy odechciewa się frymuśnych prychań....
Zaznaczyć zresztą trzeba, że autorka nie wspomina wprost o problemach rasowych. Ten wątek nie pojawia się w żaden sposób. Kolor skóry bohaterów nie jest określony. Można jednak sądzić, że wszyscy są Murzynami, a akcja powieści rozgrywa się w czarnym gettcie.
Tytuł jest trudny do przetłumaczenia: Wierzyć naprawdę (?), Prawdziwa wiara (?) W książce pojawia się bowiem także wątek religijny. Koleżanki LaVaughn wpadają w sidła swoistej sekty religijnej, grupy fanatyków organizujących życie grupy młodzieży. LaVaugn jest prawdziwie „wierząca”, bo jej wiara religijna jest tolerancyjna, dająca się pogodzić z nauką. Wydaje się jednak, że prawdziwy sens tytułu odnosi się głównie do silnej wiary dziewczyny w możliwość wydźwignięcia z się z nędzy getta. Być może nawet w powieści można dopatrzyć się ukrytej tezy, że to właśnie ta wiara jest ważniejsza, niż „kościelne gadki”? Autorka wydaje się nie mieć specjalnego przekonania co do możliwości religii we wspieraniu dzieci getta.
Od strony formalnej druga część cyklu jest znacznie bliższa tradycyjnej prozie niż Make lemonade. Narracja jest znacznie bardziej epicka, mniej nasycona emocjami, a i „wersy” dłuższe.

Na marginesie jeszcze jedno spostrzeżenie: polskiego czytelnika może zainteresować i zaskoczyć wątek zajęć szkolnych poprawiających jakość mówionego języka. Ciekawe: to cały czas kraj anglosaski i podobnie jak w GB sposób używania języka, jego jakość sygnalizują niezwykle silnie pochodzenie i miejsce na drabinie społecznej. Dziewczyna chodzi na specjalne zajęcia zorganizowane w szkole w gettcie dla najbardziej ambitnych uczniów. Na tych zajęciach nauczycielka (z uniwersyteckim stopniem naukowym!) uczy ich jak mówić „dobrą” angielszczyzną, oducza slangu i fatalnych nawyków językowych. To też część walki o zdobycie paszportu do nieba ... college!

Następne odcinki cyklu "Czytam sobie" będą już poświęcone Książkom Roku, nagrodom PS IBBY. Opowieści są juz gotowe i napisane, czekam tylko na oficjalne ogłoszenie werdyktu Jury i....

29 lis 2007

Mikołajkowa Książka Roku 2007

Tak sobie chodziłem po Bardzo Dużej Księgarni i widzę jasno, że o miano Mikołajkowej Książki Roku 2007 walczą Nowe Przygody Mikołajka 2 z ... klockami.
Kilku wydawców postawiło na klocki: Firma Księgarska J. Olesiejuk z kompletem Ulyssesa Moora (klocek nawet ładny i kolorowy i z rączkami), Nasza Księgarnia wytoczyła do bratobójczej (samobójczej?) walki z Mikołajkiem 2 klocek z Mikołajkami Starszymi tradycyjnie wydanymi, Egmont wystawił „w te klocki” Roberta „Muchomora” Muchamore'a (seria Cherub) oraz (prawdziwie drewniany!) klocek z kompletem Serii niefortunnych zdarzeń. Także Feliks, Net i Nika dojrzeli już do swojego klocka mikołajkowego z Powergraphu. Pewnie było jeszcze coś więcej, ale nie zapamiętałem.

Na ladach księgarskich pojawiła się w ostatnich dniach ponownie trylogia Pullmana Mroczne Materie wraz z 2 książkami okołofilmowymi (nie mogę się doczekać na ten film!). Księgarze trochę skonfundowani, bo pamiętają przecież pierwsze wydania, gdzie I tom - Złoty Kompas nosił jeszcze tytuł Zorza Północna. Bardzo jestem ciekaw jak film zostanie przyjęty i czy ożywi zainteresowanie książką, które wcześniej było w Polsce nieprzesadnie oszałamiające ... Nie sądzę, w każdym razie, żeby Mroczne... stanęły na poważnie do wyścigu o mikołajkowe pieniądze rodziców. Nie przed premierą filmu!

27 lis 2007

zaproszenie serdeczne!

Szanowni Wirtualni Wizytatorzy Nory:

W imieniu Polskiej Sekcji IBBY, Instytutu Książki,
Ars Polony /organizatora Targów
mam zaszczyt i przyjemność zaprosić na prezentację oraz prelekcję :

Książki obrazkowe nagradzane w USA, Wielkiej Brytanii
i Niemczech (główne nagrody, lata 1994-2007)


Prezentacja odbędzie się 7.12.2007 w Instytucie Książki (Warszawa, PKiN, IX piętro), o godzinie 14.00
Czas trwania: ok. 45 minut + dyskusja.

W trakcie prezentacji zostaną przedstawione i omówione książki obrazkowe nagrodzone następującymi nagrodami: Caldecott Medal (USA), Kate Greeneway Medal (Wielka Brytania), Deutsche Jugendliteraturpreis (Niemcy).

Prezentacja powstała na bazie doświadczeń autora zebranych podczas stypendium w Internationale Jugendbibliothek w Monachium.

Zapraszam!

25 lis 2007

czytam sobie ... G. Leszczyński: Magiczna biblioteka

Grzegorz Leszczyński: Magiczna Biblioteka. Zbójeckie księgi młodego wieku.

Ta książka ma jedną zasadnicza wadę: to nie ja, niestety, ją napisałem. Oraz nie byłbym w stanie napisać. I jeszcze długo nie będę. Przykre i dojmujące odczucie.

Myślę sobie, że rodzima refleksja nad literaturą dziecięcą od dawna czekała na takie opracowanie jak Magiczna biblioteka. Brakowało bardzo pracy, która dotykałaby wszystkich najważniejszych wątków we współczesnej literaturze dla najmłodszych. Pracy, która byłaby przewodnikiem dla bibliotekarzy i nauczycieli po meandrach zbudowanych ze stosów książek w księgarniach.
Grzegorz obrzydliwie dobrze wszystko sobie tutaj obmyślił i zaprojektował. Czytelnik dostaje tutaj porcję błyskotliwej, super erudycyjnej eseistyki, ale także rozbudowany komponent „narzędziowy” (wydzielone listy książek polecanych, różne „kanony”, listy książek nagrodzonych, listę stron internetowych). Ja myślę, że bibliotekarze od dawna czekali na taką książkę: bierzesz - używasz, zaglądasz – dostajesz gotowe porady lekturowe dla czytelników!
Obie płaszczyzny publikacji (refleksyjna i pragmatyczna) zostały wspaniale połączone konceptem edytorskim, o czym za chwilę i niżej więcej będzie.

Ogromną, niemożliwą do przeceniania zaletą opracowania Leszczyńskiego jest aktualność. Autor nie popełnia (tak częstego w naszej refleksji nt. dziec.litu) grzechu omawiania jedynie i głównie rzeczy klasycznych. Nie sławi jedynie Musierowicz i Konopnickiej i Andersena i Endego (celowo tak zestawiam !), ale znajduje bezbłędnie rzeczy nowe i wartościowe i kontrowersyjne. Czytelnik po raz pierwszy od-nie-wiem-kiedy dostaje do rąk opracowanie, które chyba nawet wyprzedza swój czas!

Zawiść zawodowa wyje we mnie teraz w proteście, ale nie mam innego wyjścia niż przyznanie z najwyższą niechęcią, że ksiązkę Leszczyńskiego powinny kupić OBOWIĄZKOWO wszystkie (WSZYSTKIE!) biblioteki publiczne dla dzieci i szkolne. Zwyczajnie – kupić a potem (bibliotekarze) nauczyć się na pamięć.
To samo zresztą powinni zrobić nauczyciele w szkołach podstawowych i gimnazjach. Jako aktualizację kursów dziec.litu, które mieli na studiach.

Ale to jeszcze nie wszystko... Rzecz jest rewelacyjnie wydana. Ja już nawet nie mówię o dobrym papierze, twardej oprawie, doskonale wybranych i przygotowanych do druku kolorowych ilustracjach (nareszcie! Do tej pory polską specjalnością bywały publikacje poświęcone książce dla dzieci pozbawione ilustracji!).
Ujęła mnie książka Leszczyńskiego nowoczesnym konceptem edytorskim, konceptem idącym w stronę hipertekstowości. Czytelnik może bowiem zapoznawać się z esejami Grzegorza, może też równocześnie (chociażby dla odpoczynku) przeglądać sobie książkę w dowolnym kierunku, zapoznawać się wybiórczo i swobodnie z równolegle podanymi notami na temat książek wybranych przez autora do „Kanonu Na Początek Wieku”. Mamy tu w jakiejś mierze do czynienia z konceptem „książki w książce”.

Zawiść (zielona i sącząca się jak jad węża) każe mi koniecznie podać zastrzeżenia:
1. Część esejów podana jest językiem bardzo uczonym i hermetycznym i można ugrzęznąć („Wielki początek”) i te partie stylistycznie gryzą się lekko z wspaniałą szarżą szczególnie z części drugiej („gówienko” we fragmencie dotyczącym Erlbrucha).
2. Trochę wbrew temu co napisałem powyżej: mimo wszystko za dużo jednak w eseistyce o tekstach, które (w moim przekonaniu) są martwe i już takimi chyba pozostaną, czy nam się to podoba czy nie! Nie przepadam więc za pisaniem o baśniach klasycznych i Konopnickiej. Ale z drugiej strony: wszystko z nich, więc jak pominąć?
3. Trochę brakuje mi ODDZIELNEJ części poświęconej omówieniu związków i flirtów i niechęci pomiędzy literaturą dziecięcą a przekazami innych mediów. O tym jak się nawzajem tworzą i/lub niszczą. O internecie i dziec.litowym życiu internetowym.
4. Dla moich prywatnych osobistych zainteresowań zabrakło bardziej szczegółowych rozważań związanych z KSIĄŻKĄ dla dzieci, edytorstwem. (książki zabawki, książka obrazkowa, książka multimedialna, etc.). Dzięki Bogu! Może ja coś napiszę???? Część książki Grzegorza poświęcona ilustracji mogła pójść w tym kierunku, ale nie poszła (mimo podtytułu, który trochę więcej obiecuje niż realizuje). To akurat lepiej bym napisał – o narastającym w światowej książce obrazkowej nurcie grafiki narracyjnej, przejmującej rolę słowa. Grzegorz jest miłośnikiem SŁOWA przeciw obrazowi i pewnie dlatego trend zaznaczył, ale się nie wgłębił.

Tę zastrzeżenie nie zmieniają jednak w niczym
(bo to i drobiazgi, niestety!)
radości i przyjemności
(żółcią zawiści jedynie popsutych)
wynikających z posiadania i czytania Magicznej biblioteki.

Ale któregoś dnia ... jak będę starszy.... To też tak napiszę i wydam !

22 lis 2007

Drugi dzień konferencji "Po potopie..."

Wszystko było dobrze, referaty wspaniałe, sprzęt imponująco działał (wielkość ekranu jak wymarzona do pokazywania slajdów!) .... tyle, że się bezwstydnie rozgadałem i zająłem czas sobie nienależny ... wstyd i fopa wielka i zgryzota :-( Uch!

W tym miejscu o konferencji pisać więcej nie będę, bo w książce zaraz wszystkie referaty będą opublikowane a mnie jako współorganizatorowi nikt nie uwierzy, że była naprawdę super udana i na najlepszym w Polsce poziomie!

Pięknie, najpiękniej dziękuję Danusi Świerczyńskiej Jelonek i Grzegorzowi Leszczyńskiemu za wielki honor i przyjemność współ-organizowania i w ogóle współ-pracowania!

I kilka zdjęć jeszcze, niewiele, bo byłem bardzo zdenerwowany i stremowany przed referatem i nie miałem sił pstrykać:
konferencja "Po potopie..." Dzień drugi - 21.11.2007

20 lis 2007

Konferencja "Po potopie...." : dzień pierwszy

konferencja "Po potopie..." Dzień pierwszy - 20.11.2007


To był trudny, ale chyba owocny dzień.
Sprzęt do prezentacji niekoniecznie musiał zawieść (przepraszam Ewa !)
Jutro moje słowo ....

14 lis 2007

Monachium, Internationale Jugendbibliothek : adieu !



Miło było, ale się skończyło! Trzeba wracać do polskiej rzeczywistości, opłakać te książki, których nie zdążyłem tutaj przeczytać.
Jeszcze na blogu wstawie kilka monachijskich opowieści o ksiązkach niewydanych i bardzo obcych, ale potem juz tylko opowieści patriotyczne o tym co znane i dostępne.
Adieu Monachium, auf wiedersehen Internationale Jugendbibliothek :-(

o smrodku dydaktycznym - pozytywnie !

Im jestem starszy i konserwatywniejszy (nad obydwoma procesami ubolewam!), tym bardziej do zdenerwowania oraz niekiedy furii doprowadza mnie częste ostatnio w literaturze dla dzieci ubóstwienie NIEGRZECZNOŚCI.
Znacie tych wszystkich koszmarnych Karolków czy bohaterów Dahla... Matyldę?
Taki koncept, że niegrzeczność jest... fajna*! I wartościowa - taka cnota po-nowoczesna.
Lubię przecież Matyldę Dahla, ale sceny, w których bohaterka mści się w taki fajny* i śmieszny sposób na swoich rodzicach mnie w tej powieści akurat mniej bawią
Książką, która budzi zaś moje hmmm... zniecierpliwienie jest Czerwony Kapturek Joanny Olech i Grażki Lange. Mam dla obu Pań Autorek wiele szacunku i sympatii, niemniej celu i sensu tej publikacji nie rozumiem wcale. Bo taki pomysł, że Kapturek został pożarty na skutek durności wyrażającej się w słuchania rodziców czy ogólnie dorosłych jest katastrofalnie fajny*....
Ja oczywiście rozumiem, że nadmierny „smrodek dydaktyczny” w utworach dla dzieci może być pocałunkiem śmierci dla zainteresowania części potencjalnych odbiorców, ale mam też inne wrażenie, że wyrugowanie w ogóle dydaktyzmu z książki dla dzieci jest grzechem równie śmiertelnym. Wobec szerszej populacji.
Te koncepty Dahla... „spiskowanie z dziećmi przeciwko dorosłym”, jak sam o swojej twórczości lubił mówić, to podlizywanie się dzieciom za wszelką cenę: fajna* kupa na głowie kreta u Erlbrucha – denerwują mnie.

No, dobrze, powiem prawdę: przestały mnie takie przewrotne i przekorne i ponowoczesne książki dla dzieci bawić po wydarzeniu, które pozwolę sobie opisać.
Na Świętokrzyskiej, w Warszawie, w samo południe na znaku drogowym bujało się dziecko, płci męskiej, w wieku lat pewnie 11. Wyraźnie chciało sprawdzić czy da rade znak obruszać i przewrócić. Odurzony potrzebą społecznego działania mówię zdecydowanie i twardo, żeby może jednak dziecko przestało i zlazło. Dziecko popatrzyło się na mnie odrobinę rozbawione, wyszczerzyło zęby i powiedziało „Bardzo się ciebie boję. Baaaaardzo!” I huśtało się dalej.
Czytelniku: czy zrobiłem fajnemu*, niegrzecznemu dziecku z roześmianej buzi jesień średniowiecza? Nie zrobiłem. Może dlatego, że jak byłem w jego wieku czytałem te głupie dydaktyczne, kretyńskie, stygmatyzujące (khe, khe, khe) niegrzeczność książki?
Inna rzecz, że sprawia mi niewymowną radość wizja tego, co dzisiejsze dzieci wychowane w kulcie niegrzeczności zrobią podobnemu szczeniakowi wiszącemu na latarni za lat naście.
Mam też nadzieję, że będę wtedy dostatecznie bogaty i nie będę musiał po zmroku chodzić na piechotę po ulicach miasta.

Do sprawy dydaktyzmu i treści wychowawczych w literaturze dla dzieci bardzo bym chciał kiedyś w tym blogu powrócić. Bo to trudna, mroczna i zagmatwana sprawa. Upieram się w każdym razie, że pomiędzy sławnym Struwwelpeterem Hoffmana (np. o Michasiu co nie chciał jeść zupki i skonał w efekcie z głodu, o Cesi Cmokosi, tej co jej krawiec ssane niegrzecznie paluszki uciął etc.), a dramatycznym i arcyważnym pytaniem zadanym przez Erlbrucha (kto narobił kretowi na głowę?) jest jeszcze sporo dobrej, atrakcyjnej przestrzeni godzącej literaturę z dydaktyką.
Ot, choćby poniższa książka N. Gaimana!

* w tekście pierwotnym było „zaj....sty” (+ w odmianach i w całości). Zmieniło się.

12 lis 2007

czytam (oglądam) sobie... N. Gaiman, D.Mc Kean: The day I swapped my dad for 2 goldfish



Neil Gaiman, il. Dave Mc Kean The day I swapped my dad for 2 goldfish– (Dzień, w którym wymieniłem mojego ojca na dwie złote rybki ) .

Neil Gaiman (bardzo lubię, bardzo! Szczególnie dorosłe Sandmany) napisał niewiele dla dzieci. Ale (trawestując opinię Babla o Beni Krzyku) Gaiman pisze dla dzieci niewiele, ale smacznie. Jak już coś napisze, to człowiek chciałby, żeby on jeszcze więcej napisał!
W Polsce znane i cenione są dwie rzeczy Gaimana dla dzieci – Koralina i Wilki w ścianach. Ale jest jeszcze trzecia książka, nie wydana u nas. Tak jak Wilki... obrazkowa i w tym samym (genialnym i sprawdzonym właśnie w Sandmanach) duecie z ilustratorem Mc Keanem stworzona. Książka znacznie jednak mniej demoniczna niż tamte, ale też jakoś surrealistyczna i w stronę sennych nastrojów się kierująca. Też komiksowymi smaczkami formalnymi przyprawiona. Ale chyba bardziej prawdziwie dla dzieci przeznaczona niż tamte dwie ...
Napisana zaś jako MEMENTO dla zbyt zajętych i nieobecnych (duchem) ojców rodziny!
*
Bohatera odwiedza kolega. Przynosi (żeby się pochwalić) 2 złote rybki. Chłopak desperacko pragnie je posiadać. Gorączkowo zastanawia się co może dać na wymianę. Kolesiowi żadna oferta się nie podoba... W końcu – wspaniała myśl! Oferta podmiany ojca za 2 złote rybki (po kilku dobranych argumentach i chwili zastanowienia, ale przy protestach siostry) zostaje przyjęta. W tle wydarzeń: ojciec – cały czas zasłonięty płachtą gazety. Jasne jest, że dzieciaki tylko tyle z niego mają.
Po jakimś czasie i dzięki interwencji Matki (która na szczęście pojawiła się w domu) chłopak wraz z siostra wyruszają, aby dokonać „odmiany”. Niestety! koleś zamienił już ojca na mało używaną gitarę elektryczną, następna osoba (co dała gitarę) oddała zaś tatę bohatera w zamian za fajną maskę goryla. I dalej akcja idzie łańcuszkiem, po kolejnych dzieciach. Bohater odbiera i podaje dalej fanty, za które kolejne dzieci zamieniły jego ojca. Każde zresztą łatwo pozbywało się takiego ojca. „Mało z niego pożytku. Cały czas czyta gazetę!”. W końcu chłopak znajduje ostatnie ogniwo łańcuszka. Oddając wielkiego królika (z jednym czarnym uchem) odzyskuje ojca. Znajduje go siedzącego w zagrodzie dla królików i ciągle czytającego gazetę. Chyba nawet nic nie zauważył... Za to „rodzina” królika bardzo cieszy się z „odkręcenia” podmiany i powrotu puchatego ulubieńca. Bo z tego gościa z gazetą- żadnej radości...
Po całej tej odysei Chłopiec solennie obiecuje: żadnych więcej tego rodzaju transakcji z wymianą ojca na cokolwiek (ostatnia ilustracja - „ale co do siostrzyczki nic nigdy nie obiecywałem!” – bardzo eleganckie, lekkie i zabawne złamanie dydaktyzmu.)
Ilustracje, jak to u Mc Keana: bardzo interesujące, kolażowe, ekspresyjne i palące nocnymi ogniowymi kolorami, przypominają mocno te wspaniałości, które znaleźć można w Wilkach w ścianach.

7 lis 2007

Dla dzieci ? Dla dorosłych ?

Czytając anglojęzyczne artykuły fachowe dotyczące rynku książki dla dzieci coraz częściej można natknąć się na tęskne marzenia wydawców o tytułach cross-over . Takich, co to dzieci by lubiły bardzo, a i dorośli chętnie by sami sobie prywatnie, dla śmiechu albo wzruszenia podczytali. Oczywiście, nie tylko książki tutaj wchodzą w grę... No krótko mówiąc sen o Shreku !
Ale nie o tym teraz będzie!
Czasami oto pojawiają się książki, które są albo intencjonalnie skierowane do dorosłych, a ubrane w kostium literatury dla dzieci (no, no? Pamiętamy te słynne przeprosiny we wstępie? Że Leonowi Werth się dedykuje?) albo być może planowano je jako cross over, a wyszło jedynie dorosłe czytanie...
Potem jest kłopot z takimi tytułami. Dla wszystkich. Kłopotliwe są. Ale często wielkiej urody. Jedną z takich książek – dla mnie przynajmniej! – jest Książka o Smutku Michaela Rosena z ilustracjami słynnego Quentina Blake’a. Opowieść ojca o przeżyciach i stanach emocjonalnych po śmierci ukochanego dziecka jest tak dojmująco, rozpaczliwie, rozdzierająco smutna, że nie bardzo sobie wyobrażam jakiemu dziecku można ją pokazać. Książka jest przepiękna, także jako przykład rozumiejącej się współpracy grafika i pisarza, a w efekcie gry słowa i obrazu.
Książka Rosena znana jest w Polsce od dobrych dwóch lat. Mnie przyszła do głowy (razem z tematem niniejszego wpisu) przy lekturze Lisa (Fox) Margaret Wild i Rona Brooksa. Och, znowu ten lis! Ale to inny przedstawiciel gatunku niż ten od najważniejsze jest niewidoczne dla oczu... Książka obrazkowa, której jest bohaterem, to opowieść o miłości, wierności, ułudach i marzeniach, ale przede wszystkim o nierozwiązywalnych dylematach i dramatach wieku średniego. Upierałbym się, że nie jest w stanie Lisa zrozumieć nikt, kto nie świętował wcześniej swoich 40 urodzin....A może zresztą lis od tandemu Wild/Brooks to ten sam zwierzak co u Saint Exuperiego, tylko po przejściu smugi cienia?

Inna jeszcze książka obrazkowa do tematu „książek dorosłych w dziecięcym kostiumie" mnie przyprowadziła- Czerwone drzewo (Red tree) Shauna Tana z Australii. Czy zechcielibyście teraz moi Szanowni Czytelnicy (mam nadzieję, że istniejecie?) wyobrazić sobie przeprowadzoną oszczędnym, poetyckim językiem analizę depresji ? Z ilustracjami niedaleko od Beksińskiego ? Wyobraziliście sobie już ? No, to wiecie jak wygląda Czerwone drzewo. W takie dni jak dzisiaj, listopad i leje i szansy na słońce (co to jest słońce???) żadnej, w takie dni nie radziłbym NIKOMU otwierać książki Tana. Jest tam na ostatniej stronie nadzieja jakaś, tytułowe Czerwone Drzewo nadziei rozkłada liście, ale....

5 lis 2007

Baśniowy zamek Neuschwanstein

Zamek Neuschwanstein


Niby foto-relacja turystyczna, ale chyba jednak na temat.
Ludwig II był rzeczywiście niezwykłym królem i w dzisiejszych czasach jeszcze większych zawirowań i niepewności i konfuzji coraz łatwiej zrozumieć jego ucieczkę w świat baśni, sag i podań. Zrujnował tymczasowo Bawarie próbując realizować swoje marzenia o baśniowych królestwie na ziemi. Koszty postawienia Neuschwanstein musiały być niewyobrażalne!
Ale po 130 latach, jak sądzę, koszty zwróciły się z nawiązką. To turystyczna superatrakcja i przychody z dość słono kosztujących biletów na pewno już daaaaawno zrównoważyły dawniejsze długi króla.

Naprawdę, nietrudno Ludwiga II szczególnie dzisiaj zrozumieć.
A czy z literaturą dla dzieci ten zamek ma cos wspólnego...? Wystarczy popatrzeć na zdjęcia i się wie :-)

2 lis 2007




Na cmentarzu Friedhof Obermenzing...

31 paź 2007

czytam (oglądam) sobie... B. Lehman: Red book


Barbara Lehman , Red Book, Boston, 2005

Takie książki są jak małe skarby: odnalezienie takiego cudeńka daje tyle radości!

I o tym właśnie tu się opowiada: Dziewczynka znajduje po drodze do zimowej nowojorskiej (?) szkoły, w pryzmie śniegu czerwoną książkę. Zaczyna ją sobie w klasie przeglądać. Książka jest o małych chłopcu (rówieśniku?), który mieszka gdzieś na tropikalnej wyspie i ... czyta czerwona książkę! Po chwili dziewczyna widzi na kolejnej ilustracji, że chłopiec tam przedstawiony widzi w swojej książce właśnie ją oglądającą czerwoną książkę z nim na ilustracji. Dzieci ze zdziwieniem dostrzegają się nawzajem.
W głowie się kręci od lustrzanych efektów !!!
Po wyjściu ze szkoły bohaterka kupuje dwa pęki balonów i odlatuje. W locie gubi swoją czerwoną książkę.... Chłopiec z wyspy widzi na swojej ilustracji zniknięcie dziewczyny w obłokach i jest smutny. Do momentu kiedy dziewczyna nie wyląduje u niego na wyspie... Tę scenę czytelnik widzi już jednak na ilustracji zgubionej czerwonej książki, leżącej na chodniku.... Historia trwa i płynie dalej - książkę podnosi z chodnika murzyński chłopiec, którego wcześniej widać było na obrazku przedstawiającym klasę szkolną.
Red book jest całkowicie pozbawiona tekstu i narysowana najprostszą kreską, z użyciem minimalnej liczby szczegółów.
Książeczka opowiada o marzeniach, o potrzebie przyjaźni. Może trochę o samotności? Może opowiada o urodzie ksiązek? O tym na pewno !
A poza tym jest pysznym żartem: mieszają się tu i mienią perspektywy i rzeczywistości i światy przedstawione. Mimo zastosowania prostych i oszczędnych środków wyrazu artystycznego czytelnik gubi się: nie wie w której książce ogląda ilustrację - Czy w tej realnej trzymanej w rękach? Czy też widzi ilustracje w książce chłopca z gorącej wyspy? Czy może w książce dziewczynki?
Na pewno jednak czuje się jednym z ogniw magicznego łańcucha czytelników symbolicznej przecież czerwonej książki.

Podziw i szacunek!


Napisała do mnie serdeczna przyjaciółka, która pracuje w bibliotece szkolnej. Napisała, że może wiem o czymś do poczytania dla dziewczynek (jednej konkretnej dziewczynki), które nie lubią:
-horrorów
-fantastyki
-harlekinów dla dzieci
-książek o przyrodzie
-książek historycznych
-książek z obrazkami
-tego co wszyscy czytają
-tego czego nikt nie czyta
.

Nie, nie wiem.

I dlatego nie pracuję w bibliotece szkolnej. Wyobrażam sobie, że moja rozmowa z taką klientką byłaby krótka, żołnierska i przy końcu padłoby kilka słów, których do niedawna nie można było znaleźć w słownikach.
Kłaniam się Bibliotekarzom Szkolnym. Czapką do ziemi. Po polsku kłaniam się !

29 paź 2007

O książkach obrazkowych, biennale, Wiesnerze i „Smoni” też!

Kiedy ogląda się masowo książki obrazkowe nagradzane w USA, Wielkiej Brytanii czy Niemczech (a za pieniądze niemieckiego podatnika właśnie to robię!) przychodzi coraz częściej do głowy myśl, że zmienia się sens pracy grafika z tego rodzaju edycjami.
W najlepszych wykonaniach (Wiesner! Wiesner!) nie ma mowy o „ilustracjach”, tradycyjnie rozumianych jako odbicie czy nawet poszerzenie tekstu. Nie tylko dlatego, że tego tekstu może zwyczajnie nie być (Wiesner! Wiesner!).
Grafik staje się bowiem coraz bardziej kimś w rodzaju jednoosobowego filmowego scenarzysty, reżysera i kamerzysty. Przywołanie filmu jest tu nieprzypadkowe. Książki obrazkowe ostatnich dwóch dziesięcioleci wzięły bardzo dużo z kadrowanego komiksu i filmu animowanego.
Artysta grafik za pomocą obrazu coraz częściej samodzielnie OPOWIADA niż DOPOWIADA.
Bardzo mnie ciekawi w tym kontekście funkcjonowanie imprez takich jak konkursy ilustracji (przynajmniej tych z książek obrazkowych). To przecież trochę tak, jakby filmy konkurowały ze sobą na podstawie oprawionych w ramki i powieszonych na ścianie pojedynczych kadrów!

Nasi graficy (zresztą bardzo dobrzy!) – mam wrażenie - cały czas jeszcze „ilustrują” (jeżeli w ogóle dostają szansę przygotowywać książkę obrazkową). Nawet wówczas, gdy edycje są całkowicie autorskie... Przykład nagradzanej „Smoni” M. Hanulak jest odpowiedni. Mimo, iż tekst jest krótki, to na nim jednak leży cały ciężar narracji. A że w tym tekście mało treści, to... Miała dziewczyna małą smoczycę i sobie razem mieszkały, a nawet chodziły na spacery. Kropka. Ładna to historia ... niedługa.
Tyle czytasz w tekście, i tyle widzisz na obrazku! Niedużo...

Atramentowa Śmierć juz tu jest...



Ciekawe, kiedy będzie w Polsce? Bardzo lubię cykl "atramentowy"

26 paź 2007

Fortunne przypadki niedoszłego hydraulika

Przypadki w historii nauki – znany temat i niezbyt zaskakujący....
Wczoraj do Internationale Jugendbibliothek przybył szanowny i znakomity profesor z Wielkiej Brytanii.
Przy lunchu zostaliśmy sobie przedstawieni, mówię że ja z Polski. „Aha!” ucieszył się niezwykle: „tylu fantastycznych, niebywałych hydraulików z Polski do nas ostatnio przyjechało”. Widziałem, ze patrzy się na mnie z nadzieją: pewnie jakiś cieknący kran w jego small (600 sq feet) cottage. Musiałem go rozczarować, że zmarnowałem się dla hydrauliki pisząc doktorat o książce dziecięcej. A teraz też zamiast działać kluczem francuskim – jak na Polaka-hydraulika przystało – staram się coś o książkach-zabawkach dowiedzieć... Usprawiedliwiałem się dalej nerwowo, że Pan B. talentu do techniki poskąpił i w domu żona nawet żarówki wkręca sama....
Przy kawie profesor widocznie już pogodził się z odpłynięciem wizji fachowej i TANIEJ naprawy kranów i – tutaj zaczyna się najważniejsza dla mnie część opowieści – wyznał, że w piśmie stowarzyszenia kolekcjonerów i miłośników książek dla dzieci (nakład pewnie ze 45 egz.) opublikował wyczerpującą typologię książek-zabawek.
Nigdy bym tego tekstu nie znalazł!
Profesor był potem strasznie miły – pisze o tym bez ironii! – zmusił do biegu cały personel IJB i to pisemko dla mnie znalazł. Warto było się tłumaczyć z braku uzdolnień hydraulicznych. Typologia wspaniała, najdziksze koncepty edytorskie wzięte pod uwagę; jak uszyta do rozwoju moich dalszych usiłowań na polu napisania czegoś o zadziwiającym, kapryśnym i nie rozpoznanym dotychczas w PL fenomenie książek – zabawek.
Thank you, sir!

25 paź 2007

Wystawa "Kanibale w pokoju dziecinnym"

Wystawa "Kanibale w pokoju dziecinnym"


(najlepiej po kliknieciu oglądać w opcji pokaz slajdów!)

Świetna wystawa! Kompletnie zaskakujące (ale tylko w pierwszej chwili) jak często kanibale pojawiają się w książkach dla dzieci. Pewnie ma to coś wspólnego ze specyficznymi konceptami dydaktycznymi.
Och, czasami tak żal, że nie można już dzieci postraszyć KANIBALAMI.
Teraz bardziej skuteczny jest pewnie koncept „jak będziesz niegrzeczny, to w twoim komputerze zagnieździ się zły, zły wirus, który ci zje wszystkie twoje MP3 i obrazki !”

nie popisałem się :-(

Bardzo dziękuję „ani_na” za info. Nie wiedziałem, że „Holes” zostały wydane jako „Doły”. Wstyd! Wstyd!
Coś mi się tak wydaje, że nie tylko ja przegapiłem krajową publikację tej powieści... Szykuje taką listę książek „przegapionych”, słynnych za granicą, bez szczególnego odzewu w Polsce. Oraz polskich: dobrych a mało znanych.

24 paź 2007

czytam sobie ... Sachar: "Doły" /"Holes"



Louis Sachar, Holes, New York 1998/ "Doły", Prószyński, 2003

Powieść dla tweensów , 11-14 latków.
Nagrodzona Newberry Award (1999), wpisana do katalogu IJB White Ravens (1999).
Na liście 100 ulubionych książek amerykańskich dzieci znajduje się na miejscu 9!

Niezwykła powieść! Zasłużyła na wszystkie nagrody, honory i na to 9 miejsce.
Bohater, nastoletni Stanley Yelnats IV trafia do czegoś w rodzaju kolonii karnej dla dzieci. Całkowicie za niewinność. Albo raczej za sprawą klątwy, którą za przewiny Stanleya Yelnatsa I rzucono na przyszłe pokolenia rodziny jeszcze w tzw. Starym Kraju...
Chłopcy w kolonii mają tylko jedno zadanie: codziennie wykopać w pustynnej połaci (która została po onegdajszym jeziorze) tytułową dziurę. Nad skazańcami czuwają sadystyczni dozorcy, z mitycznym Strażnikiem na czele.
Jezioro, zanim wyschło 110 lat temu, było świadkiem zadręczonej miłości nauczycielki i murzyńskiego sprzedawcy cebuli. Nauczycielka, po linczu czarnego kochanka, została bandytką i przypadkowo obrabowała z fortuny także Stanleya Yelnatsa II (również część klątwy!).
Historia ze Starego Kraju (Łotwy zresztą) wraca w niespodziewanym momencie. Historie i losy bohaterów lub ich rodzin nagle zaczynają składać się w porywającą i niezwykle misternie uplanowaną, mistyczną nieomalże układankę. Dość, że Stanley uciekając z kolonii i niosąc na barana pod górkę wycieńczonego towarzysza (imieniem Zero) zmazuje winę pradziadka, Yelnatsa I , który zapomniał o obietnicy zanoszenia codziennie pod górkę pewnej egipskiej wiedźmy. Nie trzeba dodawać, że wiedźma była prababka owego wspólnika w ucieczce...
Widomym znakiem łaski jest odnalezienie przez chłopaków skarbu nauczycielki-bandytki (w kuferku oznaczonym nazwiskiem „Stanley Yelnats”, oczywiście!), uwolnienie ich z kolonii, sukces dotychczasowego nieudacznika-wynalazcy Yelnatsa III , ojca głównego bohatera.

Powieść zaczyna się jak klasyczna historia „poprawczakowa”, niepostrzeżenie wkracza w rejon czegoś co można porównać z realizmem magicznym. Od mrocznych opowieści (zobacz: choćby piosenka „Dom wschodzącego słońca”) różni opowieść Sachara także brawurowe poczucie humoru. Powieść jest bardzo amerykańska: mówi o emigracji, o konfliktach rasowych, o twardych ludziach, którzy rzucają wyzwanie losowi i nędzy i ciężką pracą oraz uporem odnoszą zwycięstwo.
Misternie utkana fabuła robi mocne wrażenie, prawdziwa POWIEŚĆ. Jeżeli zsumować wspomniane wyżej poczucie humoru, charakterystyczne pełnokrwiste postaci i szybką, prącą nieprzewidywalnymi zakosami akcję to na końcu takiego równania znajdzie się wynik – dobre, „nieodrywalne” czytanie, z płonącymi z podniecenia uszami.
Acha! i warto zwrócić uwagę – krótkie rozdziały - niektóre po 2-3 strony. Znowu pamięta się o czytelnikach opornych....

22 paź 2007

Pisane dziecięcą rączką

Chyba mnie jednak denerwuje dość rozpowszechniony proceder publikowania recenzji książek dla dzieci pisanych przez samych zainteresowanych.. Nie byłem początkowo pewien czy mnie denerwuje, nie ! Ale jednak....
W „Notesie Wydawniczym” czy „Książkach - Magazynie Literackim”, nie mówiąc już o popularnych periodykach dla dam pojawiają się bowiem czasami takie oto – mniej więcej - teksty:
„Przeczytałam/łem książkę (tu tytuł). Ja myślę, że ona jest bardzo fajna i ciekawa. Dzieciom na pewno będzie się podobała. Szczególnie fajne było jak on wszedł na tę palmę (drzewo/trzepak/konia/biurko) i spadł. Potem go bolało i było mi trochę smutno. Ilustracje są kolorowe i ładne, ale powinno ich być więcej.”
Zuzia/Krzysio/Andżelika/Nabuchodonozorek, lat 4 i 3 miesiące.
<ooooooooooch: damski, wzruszony chór szemrze w podziwie i wzruszeniu>
Tylko czego Ty się czytelniku dowiedziałeś o tej książce? Chyba niewiele....
Ale jednak – wraca wątpliwość – czyje w końcu zdanie jest najważniejsze? Czy właśnie nie Zuzi/Krzysia/Andżeliki? Nabuchodonozorka?
Problem w tym, że ich zdanie jest oczywiście piekielnie ważne, ale nie oznacza to, że zainteresowani są w stanie zadowalająco zaprezentować przyczyny dla których takie zdanie mają. A recenzja, jeżeli ma być czymś więcej niż sentymentalną „satyrą w krótkich majtkach” (pamiętacie tygodnik „Kobieta i życie”, ostatnia strona ?) powinna być głębsza niż sakramentalne „książka podobała mi się bo była fajna”.
A! i pamiętać należy, że dzieci do lat 7 mają tendencje do odpowiadania, że im się wszystko podoba. Sądzą, że dorośli tego oczekują....
I na końcu pytanie: po co kruszyć kopię? Przecież to takie sweeeet i krzywdy nie robi (nawet jeżeli nie pomaga), a budzi wzruszenie mam-czytelniczek, ożywia nudne kolumny recenzenckie. Tak! Trzeba kruszyć kopię, bo te sweeeet recenzje umacniają ludność w dość powszechnym zresztą przekonaniu, że o książkach dla dzieci może pisać absolutnie każdy, bo każdy się na tym przecież zna. Świetnie by było, gdyby tak było. Ale nie jest. Kropka.
Po okolicach literatury dziecięcą krąży widmo .... : gombrowiczowska PUPA. Po co takimi „recenzjami” rzeczoną PUPĘ materializować?

Acha: będzie poważnym uproszczeniem teza, że tekst powyższy jest zemstą za zlekceważenie 2 lata temu („Książki - Magazyn Literacki”) recenzji napisanej przez Antoniego Z., lat 9!

19 paź 2007

czytam sobie ... Wiesner: "Tuesday"



David Wiesner, Tuesday

Właściwie powinno być „oglądam sobie”...

Książka obrazkowa z minimalną ilością tekstu. Opowieść całkowicie surrealistyczna. Około zmroku we WTOREK (Tuesday) zaczyna się coś dziać... Po nocnym niebie małego miasteczka zaczynają na liściach lilii wodnych szybować okoliczne żaby (ropuchy). Nic nie gadają, ale ich roześmiane i frywolne pyski znamionują złośliwą inteligencję.
W locie koszącym straszą ptaki na drutach telefonicznych, zaglądają ludziom do okien, korzystając z drzemki babci oglądają w jej pokoju telewizję. Opowieść jest uporządkowana według chronologicznego rozwoju wypadków. Każdemu obrazkowi przyporządkowana jest godzina. Około 4 nad ranem pies zdenerwował się i pogonił zbyt odważną ropuchę. Około 6 wszystko wraca do normy. Żaby – jak gdyby nigdy nic – lądują w stawach. I wyglądają znowu jak zwykłe żaby.... Następnego dnia mężczyzna, któremu ropuszyska zbyt bezczelnie podlatywały wezwał policję. Na obrazku klasycznie sportretowany detektyw (prochowiec, kapelusz zsunięty na tył głowy...) z namysłem ogląda leżący na jezdni mokry liść. W tle znany z wcześniejszych stron mężczyzna nerwowo pokazuje innym funkcjonariuszom puste (już !) niebo. Na kolejnym obrazku, zatytułowanym „W następny wtorek około ósmej” można zobaczyć ścianę stodoły na której rysuje się dziwny, ale jakby znajomy cień...Zza węgła domu naprzeciwko widać w powietrzu coś, co ewidentnie każe myśleć o szynce wielkanocnej. Na ostatnim obrazku („wtorek 21.00”) widać stado niezwykle radosnych świń szybujących przy kurku wietrznym.
Po prostu cudo! Książka daje niezmierzone możliwości wspólnej zabawy z dzieckiem, pole do dyskusji, do fantazjowania. A poza wszystkim rzecz jest super zabawna (komizm żabich postaci i surrealistycznych sytuacji).
Książka – podobnie jak inne rzeczy Wiesnera - narysowana jest bardzo realistycznie (hiperrealistycznie?) na dużych formatach i do tego na rozkładówkach. Artysta zastosował komponenty poetyki komiksu (np. scena spotkania żaby z psem – w płaszczyznę strony wmontowane zostały trzy kolejne kadry).
Ciekawe czy Wiesner czytał to pyszne opowiadanie S. Kinga o parze, która trafia przypadkiem do miasteczka w którym tradycyjnie co roku odbywa się - przez jedną noc-ulewa żarłocznych ropuch-ludojadów?

Nowoczesna tragedia...

Zepsuł mi się na obczyźnie laptop. Po prostu! W pewnym momencie ekran przestał współpracować z całą resztą. W środku nocy (w trakcie pisania zaplanowanej pańszczyzny – trzecią stronę tego dnia pisałem!) wszystko się zaczerniło. Włącznie z moim umysłem. „Widzę ciemność!!!!” Noc nie przespana – dojścia do serwisu monachijskiego TejSzyby nie mam, papierów na gwarancję też nie . A nawet gdyby : powiedzieliby w serwisie Herr Haase: zwei wochen warten [tzn. Zającu, dwa tygodnie se poczekaj].
Na szczęście przemiły Herr Hesse w Bibliotece [Danke Schoen!] dał mi monitor , który podłączyłem i dzięki temu ......właśnie ... teraz... gwazdam.

17 paź 2007

Książka konwergencyjna ?

Czy już wszyscy wiedzą, że żyjemy w erze konwergencji mediów ? Tak, tak ! Stary straszak („radio/kino/telewizja/komputer zniszczy książkę”) idzie do lamusa. Dość niespodziewanie (?) okazało się, że ludzie, szczególnie młodzi są skłonni do korzystania ze wszystkich mediów równolegle. Rzecz jasna, nie przypadkiem okazało się także, że przekazy medialne również mają tendencję do zdradzania jednych nośników dla innych. Pewnie upowszechnienie komputera i technik z nim związanych coś tutaj wniosło. Kiedy czyta się takiego H. Jenkinsa i jego opowieści o kulturze konwergencji zaraz pojawia się pytanie o to, co będzie z książką. Skoro już wiemy, że nie zaniknie, to co ?
Jedną z odpowiedzi przynosi obserwacja stosunkowo nowych konceptów wprowadzanych przez marketing na rynku książki dziecięcej. Oto jak się dobrze przyjrzeć to można sobie wyobrazić, że jesteśmy świadkami powstawania czegoś, co można pewnie nazwać książką konwergencyjną (uch, niezręczny termin!).
Książka konwergencyjna (a może konwergentna ?) miałaby być więc (mogłaby być?) otwartym formatem, w którym narracja stanowiłaby w dalszym ciągu podstawę, tyle, że papier/druk nie domykałby jej. Książka taka (w sensie nośnika) stanowiłaby centrum, od którego mogłaby rozpoczynać się dalsza przygoda. Czytelnik miałby do czynienia z szeregiem medialnych „rozszerzeń” narracji (nie: „wersji”, jak to bywa obecnie). Część z owych rozszerzeń zakładałaby z definicji aktywność intelektualną i KREATYWNOŚĆ czytelnika/użytkownika. Bo w tę stronę kultura konwergencji i związana z nią kultura 2.0 niewątpliwie podąża. Na tym polega zjawisko, które nazwałem gdzieś żartem Buntem Mas 2.0. „Mamy swoje laptopy, internetowe aplikacje, cyfrowe aparaty, kamery, odtwarzacze MP3, nie chcemy już być tylko chodzącymi odbiornikami, chcemy mieszać, kreować, współtworzyć”.
Przykładu pozwalającego przeczuwać kształt rzeczy przyszłych dostarcza angielska strona internetowa Kościanego Przyjemniaczka, powieści grozy i -kryminalno-młodzieżowo-fantastycznej (Derek Landy, w IV RP książkę opublikowało Wydawnictwo Amber).
Strona ma charakter w oczywisty sposób reklamowy. Co tu czytelnik Kościanego... znajdzie? Animowany teledysk wideo z piosenką, wywiad z głównym bohaterem (w wersji audio), galerię postaci zaopatrzoną w ich charakterystyki (wychodzące zakresem poza tekst!), można wysłuchać fragmentu powieści w wersji słuchowiskowej, przeczytać wywiad z autorem, zagrać w grę związaną z powieścią. Można wreszcie ściągnąć tapety na ekran komputera i dzwonek do telefonu komórkowego. Można wysłać email z sekwencją wideo do znajomego, w którym tekst będzie „wydrukowany” na płycie nagrobnej !
Jeszcze niewiele tu kreatywności, wszystko to jeszcze prymitywne, jeszcze nachalnie reklamowe, niemniej widać zarysy pewnych potencjalności. Nie ma tu – na przykład- zachęty do budowania fanfików, (fan fiction – teksty pisane przez czytelników i związane z „utworem-matką”) przywoływanych przez Jenkinsa jako ważny komponent kultury konwergencji. Nie ma forum, na którym czytelnicy mogliby wymieniać się uwagami. Komunikacja jest cały czas raczej jednokierunkowa.
Niezwykle ważna jest jeszcze jedna okoliczność: Kościany Przyjemniaczek to nie jest jakiś Produkt Totalny z nalepionymi w każdym miejscu „™” i „®”, z budżetem liczonym w milionach dolarów. Ot, taka sobie książka szykowana na umiarkowany bestseller w okolicach Halloween.

15 paź 2007

Trzeba coś z tym zrobić!

Jest takie dwutomowe fundamentalne dzieło, zredagowane przez międzynarodowe guru dziec.lit Petera Hunta. Dzieło nosi tytuł International Companion Encyclopedia of Children’s Literature. Wyszło już (2004) drugie wydanie. Dwa opasłe tomiszcza zawierają teksty problemowe napisane przez najważniejszych i najbardziej (w kręgu anglosaskim przynajmniej) znanych badaczy. Wybrane najważniejsze zagadnienia, prezentowane najnowsze koncepty. No, po prostu cymes! Muzeum Książki Dziecięcej powinno jakimś cudem to kupić. Jakimś cudem, bo ta pięknościowa rzecz kosztuje 982, 7 PLN .
Niestety, jest z tym dziełem pewien problem....
..... Oto jakieś 6-7 lat temu przyszło do Polski pismo i krążyło tam gdzie rzeczywiście krążyć powinno, pismo proszące o info na temat współczesnej polskiej literatury dziecięcej. Krążyło (sam jestem nie bez winy) i krążyło. I nie wykrążyło....
I bierzesz teraz polski czytelniku drugi tom tego pomnikowego dzieła o którym powyżej i oglądasz sobie raporty dotyczące dziec. literatur z różnych krajów.
Niestety, jest tu i Polska. Tekst napisała badaczka australijska. Nie jej wina. Nie wysłali im nic z PL, więc posiłkowała się czym mogła.
Efekt jest druzgocący ! Marię Dąbrowską („Dombrowska”) jeszcze człowiek zniesie, ale pojawienie się niesławnej pamięci Heleny „Soso” Bobińskiej jako prominentnej autorki ... to zły sen. Całe szczęście, że stalinówka pojawia się jako BIBIŃSKA.
Nie mam nic przeciwko Marianowi Murawskiemu , ale info o nim zajmuje 20% całego artykułu!
Ostał się jeszcze Korczak (to byłby szok gdyby jego zabrakło!) i Siesicka.
Dodajcie do tego Klementynę z Tańskich i macie obraz polskiej literatury dla dzieci.

Sami żeśmy sobie zgotowali ten los......

Kukiełkowy Potter ...z youtube'a ...z IBBY'owskiej poczty

11 paź 2007

czytam sobie ... Herrick "Love ghosts & nose hair"



Steven Herrick: Love ghosts & nose hair. Queensland 1996

Opowieść o życiu rodziny dotkniętej przez przedwczesną śmierć matki. Osamotniony ojciec ledwo dorosła córka i 16 letni syn muszą sobie poradzić z tragiczną sytuacją. Czytelnik spotyka ich 7 lat po pogrzebie.
Love ghosts ...... to bardzo elegancko przyrządzona mikstura z momentów tragicznych, wzruszających, śmiesznych. Jak nakazuje najlepsza amerykańska tradycja pop kulturowa patos łamany jest przez komizm - metoda sprawdzona i tutaj umiejętnie zastosowana.
Główny bohater, Jack żyje w długim cieniu odejścia ukochanej matki – jak to w życiu jednak bywa – nie oznacza to, że chwilami nie dobija go bardziej obsesyjny problemat niechcianych włosów w nosie. Włosów, które – jest o tym głęboko przekonany - zrujnują jakiekolwiek prospekty życia uczuciowego. Na szczęście nie ma racji. To właśnie trzy komponenty tytułu : Miłość (love) – pierwsza i wzruszająca, duchy (ghosts) – wspomnienia matki i wreszcie budzące skrajne zażenowanie, niemożliwe do zwalczenia włosy w nosie (nose hair).
Na powieść składają się krótkie wersyfikowane fragmenty tekstu. Podmiotami lirycznymi – bo tego określenia chyba trzeba tu użyć - są zamiennie Jack, jego siostra Desiree, Ojciec i dziewczyna Jacka, Annabel.
Forma literacka verse novel na pierwszy rzut oka raczej pretensjonalna, świetnie się jednak broni. A może nawet lepiej – dzięki zastosowaniu wersyfikacji i poetyki typowej dla liryki przekaz emocjonalny staje się niezwykle silny.


„Rozdział” zatytułowany „Pogrzeb”:


„Pogrzeb”
Mieliśmy po 12 lat
Martwy ptak na schodach
Ezra dotknął zmatowiałych piór
Kijem
Zastanawiał się głośno
Czemu ptak poleciał w zamknięte okno
Wzięliśmy szpadel Ojca
Zakopaliśmy ptaka pod iglakiem
Związaliśmy dwa patyki
Daliśmy napis
Requiscat in pace
Ezra powiedział, że do tej pory nigdy
Nie widział nikogo martwego
Ja widziałem
powiedziałem
i wbiegłem szybko do domu.


Historia dojrzewania Jacka (bo oczywiście Love ghosts... to przecież klasyczny bildungsroman) opowiedziana została za pomocą kilkudziesięciu (80?) podobnych, nieco krótszych, bądź nieco dłuższych „fragmentów”.
Wydaje się, że taka forma literacka może być niezwykle interesująca dla nastolatków. Przekaz pomija wszelkie opisy, jest niezwykle dynamiczny, oparty - jak się rzekło wyżej - na epatowaniu silnymi emocjami. Dla bibliologa najciekawsze są jednak konteksty związane z mechanizmami czytelniczymi. Verse novel zachęca krótkimi zamkniętymi fragmentami, „całostkami”. Już sam układ typograficzny strony („dużo białego”, każdy fragment opublikowany jest na nowej stronie) może być atrakcyjny; szczególnie dla czytelników opornych. Dobrze by było, żeby w Polsce ktoś spróbował tak napisać. Wydawcy (np. Znak) słyszeli już o takich formach, a nastolatkom spodobałoby się bardzo!

I jeszcze jeden "Rozdział":


  • „Kariery”
    Mamy w szkole
    Tydzień Karier Zawodowych
    Przyszedł taki ważniak
    W białej koszuli i czarnym krawaciku
    Rozmawia z nami pojedynczo
    O naszej przyszłości
    Przy 10 % bezrobocia
    Wszyscy staramy się o niej nie myśleć
    Wczoraj Ezra gadał z gościem
    Powiedział mu tyle
    Że co do przyszłości ma jeden plan
    Nie chce oglądać swojego ojca
    Znam ojca Ezry – to sensowny plan
    Ja już wiem jak będę z tym Doradcą gadał
    Będę gadał non-stop
    A potem szybko zwieję
    Powiem mu że ożenię się z Annabel
    Napiszę tomik wierszy
    Takich ze nawet tacy jak on przeczytają
    Kupię dom na klifach
    Znajdę środek na włosy w nosie
    Zwyciężę w Olimpiadzie Poetów
    Będę regularnie udzielał wywiadów
    W telewizji
    I nigdy więcej nie postawię stopy w szkole
  • I nigdy nie założę białej koszuli i czarnego krawacika

W czwartkowy, październikowy poranek ...

moje biureczko w bibliotece
Poranny zamek Blutenburg we mgłach cały






10 paź 2007

czytam sobie ... Cormier: "We all fall down"



Robert Cormier: We all fall down, London 1991.

W nocy 4 chłopaków pod wodza charyzmatycznego Harrego Flowersa demoluje, dewastuje, PLUGAWI, przypadkowy - jak można sądzić – dom Jeromów, porządnej, mieszczańskiej rodziny w sennym amerykańskim miasteczku. Oddają mocz na ściany, rozbijają wszystko co tylko do rozbicia się nadaje. Piją i szaleją. Na nieszczęście w trakcie orgii zniszczenia w domu pojawia się młodsza córka Jeromów, Karen. Dziewczyna jest napastowana, w trakcie ucieczki, zostaje zepchnięta do piwnicy, spada po schodach. Napastnicy nie przejmują się tym specjalnie. Odjeżdżają.
To zdarzenie stanowi punkt wyjścia do wielowątkowej, gęstej od emocji opowieści. Cormier rozpisał fabułę na 3 głosy. Poznajemy więc historię Buddiego, jednego z włamywaczy tragedię nagłego odejścia ojca atrofię życia rodzinnego i rozwijający się alkoholizm chłopca.
Poznajemy dramat rodziny Jeromów, która nie tylko nie może dojść do siebie po traumie zniszczenia i splugawienia domu, ale dodatkowo walczy o życie Karen. Dziewczyna przeżyła upadek, leży w komie. Ta część opowieści opowiadana jest przez jej siostrę, Jane.
Trzeci wątek narracyjny to opowieść tajemniczego, jedenastoletniego Mściciela. Mściciel obserwował nocne zajścia u Jeromów. Zaprzysiągł wziąć odwet na napastnikach. Z lektury kolejnych stron zaczyna stopniowo wynikać, że Mściciel jest chorym psychicznie socjopatą, z historią przeraźliwych morderstw.
Drogi tych trojga splatają się w historię nieuniknionych nieszczęść, prawie na miarę antycznej tragedii. Autor nie daję bohaterom żadnych szans. Konstruuje fabułę w ten sposób, aby nie zostawić czytelnikowi żadnych właściwie złudzeń co do łaskawości losu.
Powieść jest przeraźliwie i dojmująco pesymistyczna. Spod pióra tego autora nie wychodzą przecież inne.... Cormier – podobnie jak w "Czekoladowej wojnie" zadaje pytania o źródło zła. Jak to jest, że ludzie popełniają odrażające czyny? Wydaje się, ze oczywiste jest miejsce Ctego pisarza w arcydyskusji pomiędzy zwolennikami konceptu zła wrodzonego, stanowiącego część natury ludzkiej a tymi, którzy wierzą w społeczne uwarunkowania zła. W "Czekoladowej Wojnie" sprężyną nieprawości był demoniczny Archie. W "We all fall down" podobną rolę pełni Harry Flowers. Warto przyjrzeć się podobieństwom i różnicom pomiędzy tymi dwoma postaciami. Obaj chłopcy są ucieleśnieniem nieprawości; manipulują ludźmi, wykorzystują ich, prowokują do potwornych uczynków. I czerpią z tego siłę i satysfakcję. Obaj są niezwykle inteligentni. Jednak poznając Archiego można mieć wrażenie (choć Cormier nie stawia sprawy jasno), że za jego uczynkami stoją być może bliżej nieokreślone kompleksy... Może jest z biednej rodziny ? Może rozwiedzeni rodzice? W przypadku Harrego autor nie pozostawia czytelnikowi żadnych złudzeń: to chłopak z bardzo dobrej, bogatej rodziny. Matka i ojciec są razem. Kochają swojego syna. Syna, który poza domem jest uosobieniem czystego, pozbawionego jakiegokolwiek wytłumaczenia zła.
Nieszczęścia i dramaty, które są udziałem pozostałych bohaterów są na dobrą sprawę prostą konsekwencją działań Harrego Flowersa (który zresztą - inaczej jak Archie - nie pojawia się zbyt często na stronach powieści).
W "We all fall down" wraca bowiem charakterystyczny dla Cormiera wątek heroicznej, beznadziejnej, skazanej na niepowodzenie walki ze złem. Renault w "Czekoladowej Wojnie" przeciwstawił się naciskowi społeczności wiedzionej przez złoczyńców, Chłopiec (Adam) z "W kole" musiał obronić siebie, swojego ojca przed zaciskającą się pętlą drążących przesłuchań tajemniczych służb. Buddy jest w trudniejszej sytuacji. Nie ma zresztą dwóch zdań: sam ją dla siebie przygotował. Ucieczka przed dramatem rodzinnym pchnęła go w objęcia alkoholu i złych ludzi. W katarktycznym – jak sądzi - alkoholowym amoku popełnia czyny, których nie można zapomnieć ani wybaczyć. Cóż stąd, że został sprowokowany? Cormier bezlitośnie przypomina, że każdy odpowiada samodzielnie za swoje działania. Powieść w dużej mierze jest poświęcona heroicznej walce Buddiego o uwolnienia się od zła. Zła, które sam popełnił, zła które symbolizuje niezrozumiała dla niego decyzja odejścia ojca od rodziny do innej kobiety. Zła tkwiącego w alkoholu, łamiącym młodą osobowość.

Wieloznacznym kluczem do zrozumienia przesłania utworu jest zresztą sam tytuł: "Wszyscy upadamy". Z jednej strony jest to fragment dziecięcego wierszyka towarzyszącego grze, pozornie niewinnego, w gruncie rzeczy jednak mającego swoje korzenie w średniowiecznej opowieści o dżumie.... Nieświadome niczego, niewinne dzieci wyśpiewują w parku piosenkę, kończącą się „nakazem” ... wszyscy upadamy. Brzmi to jak swoiste memento mori. Z drugiej strony bohaterowie Cormiera upadają całkiem dosłownie: Karen spada ze schodów dewastowanego domu, Buddy spada ze schodów ruchomych prosto pod nogi jej siostry. Tytuł powieści Cormiera można także rozumieć jako przypomnienie: wszyscy jesteśmy zagrożeni upadkiem, złem , śmiercią w końcu. Bezradność człowieka w obliczu zła ilustruje najdobitniej trzeci wątek fabuły, zaskakująca i tragiczna historia Mściciela. Niezawiniona choroba psychiczna zmieniła sympatyczną osobę w potwora, ogarniętego morderczą manią. Dlaczego? Za co? Z jakiej przyczyny?

9 paź 2007

ocieram się o sławę

Posted by Picasa Niespodziewanie otarłem sie o sławę! nie swoją niestety :-)

nieśmiało

Nieśmiało zakładam bloga. Na razie tylko wychynę z zajęczej nory i się rozejrzę a jutro więcej zrobię.....